Skrótem do domu | 218. ARCHIWUM X

W grudniu 1997 roku Pani Barbara wybrała drogę na skróty… W tym czasie doszło do sytuacji, która do dziś owiana jest tajemnicą. Dla mieszkańców okolicy niewielkiej miejscowości leżącej pod Katowicami to wydarzenie stało się początkiem strachu o życie własne i swoich rodzin, a dla policjantów – początkiem trudnego i żmudnego śledztwa.

 

Sekretarka Barbara K.

Był poniedziałek 1 grudnia 1997 roku, gdy chwilę przed 7:00 rano Barbara dotarła do pracy. Pogoda tego dnia nie napawała optymizmem. Nad Katowicami unosiła się gęsta mgła, a widoczność była niewielka. Dlatego kobieta ucieszyła się, kiedy w końcu dotarła do ciepłego i suchego biura, gdzie mogła wypić ciepłą kawę. To był dla niej dzień, jak każdy inny. Od kilku lat pracowała jako sekretarka, telefonistka i portierka w dużym, zagranicznym przedsiębiorstwie.

Firma mieściła się we wschodniej części Katowic. Barbara przez kilka ostatnich lat żyła i mieszkała właśnie w Katowicach. Kilka miesięcy wcześniej, latem 1997 roku kobieta nieco zmęczona katowickim, miejskim życiem postanowiła wynająć swoje mieszkanie i przenieść się do domu brata, do Sławkowa. 

 

Sławków – miejscowość, w której mieszkał brat Barbary K., oddalone około pół godziny drogi samochodem od Katowic, zamieszkałe przez około 6 tysięcy osób

 

Co prawda, Barbara auta nie mała, a do pracy jeździła komunikacją miejską, ale wcale nie martwiła się faktem, że przez przeprowadzkę do Sławkowa jej podróż do pracy, do Katowic wydłuży się do godziny. Nie stanowiło to dla niej żadnego problemu. Dzięki temu mogła zarobić na wynajmowanym mieszkaniu. No i była bliżej rodziny. Taka sytuacja jej odpowiadała. 

 

Wypłata

Barbara do pracy jeździła pociągiem, który z dworca w Sławkowie odjeżdżał chwilę przed szóstą rano. Miała w zwyczaju siadanie w wagonach, mieszczących się na końcu składu. Z reguły podróżowała samotnie, nikt jej nie towarzyszył. Pracę zawsze kończyła o 15:30. Była skrupulatna i sumienna – co potwierdzali praktycznie wszyscy jej współpracownicy – dlatego w biurze zawsze zjawiała się punktualnie i wychodziła dokładnie po 8 godzinach pracy. 

1 grudnia 1997 roku poprosiła szefową, by mogła wyjść 20 minut wcześniej. Jak tłumaczyła, miała coś pilnego do załatwienia na mieście. Przełożona kobiety zgodziła się bez wahania. Barbara zawsze była pracowita, więc w czym problem? Jednego dnia mogła popracować przecież nieco krócej. Chwilę po 15:00, Barbara zabrała swoje rzeczy z biurka i ruszyła do centrum Katowic. 

Ze swojej firmy do banku, do którego planowała się dostać miała niecałe 10 kilometrów, wsiadła więc w autobus miejski. Po kilkudziesięciu minutach podróży dotarła do I Oddziału PKO Banku Polskiego, mieszczącego się w centrum Katowic. 

Tam, dokładnie minutę przed szesnastą dokonała wpłaty kolejnej raty drobnego kredytu, który zaciągnęła jakiś czas wcześniej. Jak przekazała później kasjerka, wpłata wynosiła dokładnie 100 złotych 66 groszy. I to właśnie pracownica banku była – jak się później okazało – ostatnią osobą, która widziała Barbarę żywą. 

 

1 grudnia 1997

Było zimno, padał deszcz, a do tego wciąż utrzymywała się mgła. Mieszkańcy Sławkowa mieli już dość takiej – kolokwialnie mówiąc – „barowej pogody”. Około 20:00 w krzakach przy jednej z zachodnich ulic miasta, dwóch mężczyzn szło na piwo do baru „Europa”, po drodze dostrzegli  wystające z zarośli nogi. Byli w szoku. Nigdy nie widzieli czegoś podobnego. 

Jeden z nich natychmiast postanowił pobiec do swojego domu po latarkę, by oświetlić to miejsce. Jego dom mieścił się niedaleko, więc szybko był z powrotem. Na ulicach panował mrok, było zupełnie ciemno. Dodatkowo mgła ograniczała widoczność do zaledwie kilku centymetrów. Gdy mężczyźni oświetlili krzaki nie mieli wątpliwości – to było ciało kobiety, do tego do połowy obnażone. 

 

Ta kobieta nie ruszała się, dlatego pomyśleliśmy, że nie żyje. 

 

Na początku to w ogóle nie wiedzieliśmy, co robić. Przecież niecodziennie człowiek znajduje martwą osobę w krzakach. W oddali zauważyliśmy pojazd Pogotowia Energetycznego, pobiegliśmy tam i poprosiliśmy dwóch siedzących w aucie mężczyzn, aby wezwali policję. Zanim jednak zdążyli wykonać telefon na komisariat, na ulicę, przyjechał radiowóz. – relacjonowali mężczyźni

Czwórka mężczyzn natychmiast wyskoczyła na drogę, by zatrzymać policyjny wóz. Zaskoczeni policjanci początkowo zastanawiali się o co chodzi i dlaczego wieczorem cztery osoby wyskakują im prosto przed maskę samochodu.

Oczywiście, postanowili porozmawiać ze zdenerwowanymi mężczyznami. Ci opowiedzieli im o swoim znalezisku i zaprowadzili ich do tego miejsca. Widok okazał się tak makabryczny, że nawet doświadczeni funkcjonariusze nie potrafili ukryć swojego zdziwienia.  

 

Na miejsce tragedii od razu wezwano kolejnych policjantów, a także karetkę pogotowia z lekarzem, który zaraz po przyjeździe potwierdził, że znaleziona kobieta nie żyje. Jak mówił po pierwszych minutach badania zwłok – śmierć miała charakter bardzo gwałtowny. 

Posłuchaj całej historii w 218. odcinku Kryminatorium.

Słuchaj podcastów na: