morderca gejów z Łodzi

Sprawa seryjnego mordercy gejów z Łodzi to jedna z największych zagadek kryminalnych w historii Polski. Tajemniczy Roman o wyglądzie cherubinka zabił 7 osób. Jego ofiarami byli mężczyźni, którzy odwiedzali miejsca spotkań homoseksualistów w Łodzi. 

Pikieta – tak w środowisku gejów określa się miejsca spotkań osób szukających najczęściej szybkiego seksu bez zobowiązań. Popularny sposób zawierania znajomości w latach 80. i 90. ubiegłego wieku wciąż jest żywy wśród starszego pokolenia mężczyzn homoseksualnych. Jak mówi Robert Biedroń:

“Ci mężczyźni często nie odnajdują się we współczesnym świecie, postępie technicznym i nowych technologiach. Podczas gdy młodsi poznają się w internecie lub w konkretnych klubach i pubach, oni wciąż odwiedzają pikiety, jednocześnie sporo ryzykując. Podczas tych praktyk często zdarzają się rozboje, jednak nie są one zgłaszane. Pokrzywdzeni wstydzą się lub boją ostracyzmu i ujawnienia, w końcu pikiety są anonimowe”.

To właśnie słowo pikieta jest kluczem do seryjnego mordercy, o którym dziś opowiemy. Miejsce akcji: Łódź.

Morderca gejów z Łodzi  

W latach 80-tych i 90-tych,  łódzcy geje stali się ofiarami seryjnego mordercy. Człowieka, który z zimną krwią zabijał starszych, najczęściej samotnie mieszkających mężczyzn, uprzednio spędzając z nimi noc. Nigdy nie udało się go schwytać.

Seria morderstw rozpoczęła się nagle i równie szybko się urwała. Na przestrzeni zaledwie pięciu lat, łódzki morderca zabił siedmiu mężczyzn.

Początek serii – zabójstwo Stefana W. 

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1988 roku. Wówczas znaleziono zwłoki pierwszej łódzkiej ofiary. Był to Stefan W., który mieszkał samotnie w kamienicy przy ulicy Grabowej. Jego ciało było przygniecione meblościanką, zmarł wskutek ukłuć nożem. Nogi miał związane. Znajduje go sąsiadka. Z mieszkania znika kilka cennych przedmiotów: magnetowid, aparat fotograficzny, dwa sygnety.

Stefan W. za życia był rencistą. Utrzymywał się z drobnego handlu na Węgrzech. Mimo, że mieszkał sam, nie był samotny. Przeciwnie – był bardzo towarzyski. Jak czytamy w Gazecie Wyborczej, podczas prowadzonego śledztwa wychodzi na jaw, że przez jego mieszkanie przewijały się „tabuny gości” – głównie tej samej płci.

Początkowo milicjanci nie przewidywali trudności. Skoro zabójstwo dotyczy członka hermetycznego środowiska, z pewnością szybko uda się znaleźć sprawcę. Niestety przeliczyli się. Okazało się, że stosunek gejów wobec milicji był „skrajnie nieufny”. Po latach, w 2010 roku w Gazecie Wyborczej, jeden z homoseksualistów wspomina ten okres tymi słowami:

Nie dziwię się, że nikt ze środowiska nie chciał o tych zbrodniach rozmawiać z milicją. Gardzili nami, często zdarzało się, że zatrzymywali homoseksualistów w parku Poniatowskiego pod Falą i w Lunaparku tylko po to, żeby sprawdzić, kim jesteśmy z zawodu. Mieli też obowiązek informować o nas do Służby Bezpieczeństwa. Dwóch moich znajomych było później przez SB szantażowanych, zmuszonych do współpracy. Zawsze byliśmy dla nich łakomym kąskiem”.

I tak rzeczywiście było. Przy tej sprawie przesłuchano ponad 100 osób. Jednak nie udało się dotrzeć do sprawcy zabójstwa.

Zabójstwo geografa 

Kolejnym morderstwem był przypadek z sierpnia 1989 roku. Znów zabity mężczyzna w średnim wieku, również mieszkający samotnie. Znaleziony przez sąsiadów, zaalarmowanych wydobywającym się z mieszkania fetorem. Zwłoki są związane – ręce sznurkiem pakowym, a nogi paskiem od spodni. Mężczyzna, który został zidentyfikowany jako Jacek C., był geografem. Prawdopodobnie zmarł wskutek uduszenia się. Połknął knebel, czyli szmatkę kuchenną, którą ktoś wetknął mu do ust. Ponownie z mieszkania ginie sprzęt elektroniczny: m.in. 14-calowy telewizor marki Junsot oraz spora suma pieniędzy.

Milicjanci próbują dotrzeć do mordercy. Odtwarzając kto odwiedzał mieszkanie denata wyszło na jaw, że były to dosłownie tłumy ludzi. Głównie mężczyzn. Jacek C. również był homoseksualistą.

Mimo przesłuchań w środowisku gejów, niczego nie dało się ustalić. Milicja natrafiła na mur nie do przebicia, mimo że widzieli, iż obaj mężczyźni byli uczestnikami pikiet.

Zabójstwo aktora 

Kilka miesięcy później, w listopadzie tego samego roku, Łodzią wstrząsnęła wieść o kolejnym morderstwie. Tym razem ofiarą był Bogdan J. – aktor, konferansjer i pracownik łódzkiej Estrady. On również został znaleziony w swoim własnym mieszkaniu, ubrany jedynie w koszulę podwiniętą do góry. Zakrwawione ciało leżało w poprzek łóżka, na wznak. Zginął od ciosów nożem. Jak ustalono – prawdopodobnie atak nastąpił podczas uprawiania seksu.

W tym przypadku z domu ofiary również ginie kilka przedmiotów: magnetowid, kasety, książeczka oszczędnościowa, czy złoty sygnet.

Milicja prowadząc śledztwo w tej sprawie, ponownie trafia na znajome już sobie tereny Dworca Fabrycznego. Ofiarą ponownie jest homoseksualista. Tym razem nastąpił jednak przełom, bowiem jeden z przesłuchiwanych mężczyzn widział Bogdana J. w wieczór zabójstwa, idącego z nowo poznanym młodzieńcem. Chłopak był przystojny, o wyglądzie „cherubinka”: blond loczki, piwne oczy. Jednak pomimo posiadanego przez policję rysopisu, nie udało się do niego dotrzeć.

Zabójstwo Andrzeja S.

Pół roku po tym wydarzeniu, w marcu 1990 roku morderca znowu atakuje. Czwarta ofiara to Andrzej S. Również zasztyletowany nożem kuchennym we własnym mieszkaniu. Narzędzie zbrodni zostało porzucone tuż obok ciała. Według służb ma to ukazywać improwizację i wskazywać na fakt, że zabójca nie przyszedł do mieszkania z zamiarem popełnienia zbrodni. Pomysł ten narodził się później.

W tym przypadku również mamy do czynienia z rabunkiem. Zniknął telewizor, trzy męskie koszule, pieniądze polskie i funty. Tym razem podczas oględzin funkcjonariuszom wpada w ręce coś jeszcze – notes ofiary z numerami telefonów do dziesiątek mężczyzn, z którymi się spotykał. Andrzej S. również był częstym bywalcem pikiet. Wielu świadków to osoby, z którymi milicja miała już styczność podczas poprzednich spraw. Niestety ponownie między milicją a środowiskiem homoseksualistów wyrasta mur. We wspomnieniach jeden ze śledczych zwracał uwagę na fakt, że świadkowie byli bardzo powściągliwi i starali się mówić jak najmniej o sobie. Dopiero po jakimś czasie zaczynali podawać nazwiska. Cały czas jednak były to informacje skromne, a dystans był odczuwalny.

Tym razem przesłuchano ponad 260 osób. Wciąż bezskutecznie.

Zabójstwo rolnika 

morderca gejów z Łodzi
Ciało piątej ofiary mordercy znalezione zostało w lesie

Nadszedł lipiec 1990 roku. Ponownie odkryto zwłoki. Niestandardowo – bo nie w mieszkaniu ofiary, a w pobliskim lasku. Był to 41-letni rolnik mieszkający pod Łodzią z rodzicami.  Wiadomo, że w dniu śmierci odwiedził dworzec. Stamtąd przywiózł swojego nowo poznanego partnera do domu, gdzie spędzili noc. Co ciekawe, odgłosy libacji słyszała matka zamordowanego. Następnego dnia mężczyzna prawdopodobnie chciał odwieźć swojego towarzysza z powrotem na dworzec. Jednak nigdy tam nie dojechali. Samochód ofiary znaleziono w lasku niedaleko jego domu, a on sam był nagi i przykryty ściółką. Zmarł prawdopodobnie wskutek uduszenia – możliwe, że zabójca zaciskał nos i usta mężczyzny do czasu, aż ten przestał oddychać.

Milicjanci nie mogli zebrać śladów odcisków palców, gdyż matka ofiary wstała rano i posprzątała jego pokój. Wszystko przebiegało bardzo podobnie, jak przy poprzednich morderstwach – znów nikt nic nie widział, nie słyszał, nie wiedział. Ponownie – mur. Co ciekawe, brat zamordowanego od tamtego czasu prowadzi własne śledztwo w tej sprawie. Nie posunął się nawet o krok dalej od śledczych.

Zabójstwo Jana D. 

Luty 1992 roku. Znów morderstwo homoseksualisty z okolic Łodzi, 48-letniego Jana D. Człowiek ten żyje z prowadzenia niedużej smażalni, a poza tym wynajmuje mieszkania swoim pracownikom w Łagiewnikach. Sam zresztą też tam mieszka. I właśnie tam zostaje znaleziony przez jednego ze swoich pracowników.

Zwłoki są zmasakrowane: złamany nos, rany tłuczone czaszki. Ma na sobie koszulkę i do połowy opuszczone kalesony. Ciało leży na podłodze przykryte poduszkami, które ktoś próbował podpalić. Ogień nie rozprzestrzenił się i jedynie trochę zniszczył pościel.

Ginie magnetowid, notatnik z numerami telefonów i zapisanymi spotkaniami z przyjaciółmi – głównie z mężczyznami.

Tym razem jedna z sąsiadek zeznała, że w przeddzień śmierci widziała młodego mężczyznę wychodzącego z mieszkania denata. Czy miał on coś wspólnego ze śmiercią Jana D.? Możliwe, że tak. Rysopis pokrywa się z określeniem „cherubinka” przy okazji zabójstwa z 1989 roku. Widziany mężczyzna miał „miłą powierzchowność”, falowane blond włosy, piwne oczy, był dobrze ubrany.

Zabójstwo Kazimierza K.

Kolejne morderstwo następuje w lipcu 1993 roku. W przypadku tego zdarzenia śledczy zdobywają największa ilość informacji, gdyż potencjalnego zabójcę widziało kilka osób.

Na dworcu pojawia się biednie ubrany młodzieniec, który przedstawia się jako 26-letni Roman, pracownik zakładów przemysłu bawełnianego. Nowym szybko interesuje się jeden z mężczyzn przebywających na pikiecie. Spędzają razem wieczór, później mężczyzna odprowadza nowo poznanego towarzysza na przystanek autobusu nocnego. Możliwe, że decyzja o braku spędzenia wspólnej nocy uratowała mu życie. Kierowca autobusu nocnego wspominał, że młody człowiek zanim wsiadł do pojazdu czule żegnał się ze swoim starszym towarzyszem.

Nie był to jednak koniec wspólnych kontaktów z „cherubinkiem”. Mężczyźnie było z nim na tyle dobrze, że umówił się z nim na pikietę następnego dnia. Po spotkaniu zabrał go do swojego przyjaciela, Kazimierza K., 62-letniego emeryta. Stamtąd wszyscy idą na imieniny do znajomej, gdzie znajdą się jeszcze cztery kobiety i jeden mężczyzna.

Kobiety wspominały, że młodzieniec był wobec nich nieśmiały, trzymał się na uboczu, nie chciał tańczyć.

Tajemniczy chłopiec o wyglądzie cherubinka nawiązał bliską relację z Kazimierzem K.  Ten wieczór skończył się dla emeryta tragicznie. Zwłoki są zmasakrowane: z tyłu głowy ma rany zadane tępym narzędziem, złamany nos, rozerwane nozdrza, naderwane ucho, otarcia i sińce. Zmarł wskutek uduszenia. Skradziono magnetofon, skórzane kurtki, a także nóż kuchenny.

Portret pamięciowy 

Tym razem świadków jest więcej i bardzo dokładnie opisywali młodzieńca, który przedstawia się imieniem Roman. Ma wytatuowane dwie kropki – jedną na krtani, co w więziennym slangu może oznaczać, że był pijakiem, a drugą w zewnętrznym kąciku oka (ta nosiła ślady usuwania). Oznacza ona męską dziwkę. Mężczyzna ma ciemnoblond włosy, ponad  170 cm wzrostu, a na lewej dłoni ślad po tatuażu – widocznie ktoś próbował go nieumiejętnie usunąć. Ma też nieco wykrzywiony mały palec prawej dłoni. Wszyscy wspominali, że nie miał przy sobie pieniędzy – pożyczał nawet na bilet i papierosy. Określenie „biednie ubrany” wzięło się stąd, że mimo ładnej pogody, miał zbyt ciepłe obuwie.

Morderca gejów z Łodzi
Według świadków, podobieństwo portretu pamięciowego do mordercy było duże

Policja miała portret pamięciowy i wiele informacji. Roman wspominał o swoim miejscu zatrudnienia, ale ten trop okazał się nietrafiony. Podejrzewano, że posiadane tatuaże mogą wskazywać na to, że siedział w więzieniu lub w zakładzie poprawczym. Sprawdzano kartoteki takich placówek jednak nie trafiono na żaden ślad.

Mniej więcej rok po zabójstwie Kazimierza K. mężczyzna, który poznał go z Romanem, zauważył go siedzącego w samochodzie. Nie zdążył nawet zapisać numerów rejestracyjnych.

Portret pamięciowy został stworzony raz jeszcze, z większą dokładnością. Wszyscy, którzy widzieli poszukiwanego przyznali, że podobieństwo do mordercy jest bardzo duże.

Motyw

Śledczy zadawali sobie pytanie: dlaczego zabijał? Możemy tylko się domyślać, choć z pewną dozą prawdopodobieństwa. Niewykluczone, że na Romana bardzo źle działał alkohol – być może właśnie po nim stawał się agresywny. Pokrywa się to z wytatuowaną kropką na grdyce.

W niektórych przypadkach, do zabójstwa dochodziło w trakcie lub po stosunku. Być może nienawidził homoseksualistów lub nie był pogodzony ze swoją orientacją. Mężczyzna, który poznał go z Kazimierzem K. zeznał, że Roman powiedział mu, że praktyki seksualne nie są mu obce, gdyż robi to od wielu lat. Zwierzał się też, że w poprawczaku jako nastolatek został zgwałcony przez wychowawcę.

Koniec serii zabójstw  

Seria morderstw homoseksualistów skończyła się w  1993. Czy zabójca wyjechał? Umarł? Być może. Jeden z jego kochanków zmarł w wyniku powikłań spowodowanych AIDS – mężczyzna, który poznał go z Kazimierzem K. Całkiem prawdopodobne, że sprawca siedmiu zabójstw również zmarł w wyniku powikłań tej choroby.

Jednak większość osób ze środowiska homoseksualistów twierdzi, że mordercą nie mógł być jeden z nich, a raczej tzw. luj, czyli heteroseksualista, „na którego się polowało”. Mógł to być np. młody mężczyzna, który chciał sobie dorobić lub zwykły pijak śpiący na ławce i czekający na okazję. Jak mówi świadek tamtych wydarzeń: „Doskonale wiedzieli, po co tam przychodzą. Nienawidzili nas, ale przychodzili. Trzeba było ich gdzieś zabrać, np. na piwo (choć częściej wybierali wódkę, żeby się spić i nic nie pamiętać). Czasem dostawali napadów agresji – bili, rabowali”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here