Tomek Jaworski zbrodnia Monika Szymańska
Tomek Jaworski zbrodnia Monika Szymańska

Inteligentna i młoda kobieta owinęła sobie wokół palca dwóch mężczyzn, których nakłoniła do popełnienia zbrodni. Pomimo tego, że nie zadała śmiertelnych ciosów, została skazana na karę dożywotniego pozbawienia wolności. Monika Szymańska to jedna z pierwszych kobiet w Polsce, która usłyszała najwyższy wyrok.  Proces zabójstwa warszawskiego maturzysty wzbudził ogromne emocje opinii publicznej. 

Tekst w formie audio jako podcast można znaleźć na:
Kryminatorium na iTunes
Kryminatorium na Spotify

Tomek Jaworski – ostatni krok w dorosłość 

13 czerwca 1997 roku. Lato wkracza na dobre do kraju. Absolwenci liceów, po zdanych maturach, aplikują na uczelnie wyższe. Tak jak Tomek Jaworski, który skończył klasę matematyczno-informatyczną w liceum ogólnokształcącym w Warszawie. Był bardzo dobrym uczniem, maturę zdał z wyróżnieniem. Tego dnia rano miał pierwszy egzamin wstępny na studia – wymarzoną architekturę na Politechnice Warszawskiej. Po wyjściu z egzaminu zadzwonił do ojca, pochwalić się, że zdał.

Tomek Jaworskski pochodził z tzw. dobrej rodziny. Był kulturalny, elokwentny i pracowity. W dodatku lubiany przez rówieśników i nauczycieli. Zawsze uśmiechnięty i pomocny.

ognisko Tomka Jaworskiego
Maturzyści świętowali zdanie egzaminu w Parku Młocińskim

Aby uczcić dotychczasowe osiągnięcia i rozpoczynające się wakacje, cała klasa postanowiła zorganizować ognisko w Parku Młocińskim. Tomek Jaworski poinformował rodziców, dokąd się wybiera i o której można się go spodziewać.

Ognisko było bardzo udane – ot, beztroski wieczór młodych ludzi, przed którymi otwierały się drzwi dorosłości, a co za tym idzie, nowe perspektywy. Były śpiewy, ogólna wesołość, kiełbaski i alkohol – jednak wszystko z umiarem.Do północy większość uczestników imprezy zdążyła opuścić polankę. Zostało już zaledwie 8 osób, a wskazówki zegara nieubłaganie odmierzały czas do rozpoczęcia masakry… W oddali majaczyły już sylwetki z kijami bejsbolowymi.

Królowa zbrodni – Monika Szymańska 

Monika Szymańska na procesie
Monika Szymańska podczas procesu sprawiała wrażenie pewnej siebie kobiety | fot. PAP Adam Urbanek

Monika Szymańska urodziła się w 1973 roku, a więc miała wtedy 24 lata. Patrząc na jej zdjęcia z dnia zatrzymania, widzimy postawną dziewczynę w dresie, z zaczepnym wyrazem twarzy. Śmiało, może nawet bezczelnie, patrzy wprost w obiektyw aparatu swoimi czarnymi oczami. Przy okazji późniejszych wywiadów, wielu dziennikarzy określać będzie je jako „puste”, niewyrażające żadnych uczuć. Nieruchome.

Tymczasem w więzieniu Katarzyna Bonda, przeprowadzająca z nią wywiad przy okazji powstawania książki „Polskie morderczynie”, spotkała „uśmiechniętą, schludnie ubraną, a nawet wzbudzającą sympatię kobietę.

 

 

Jak pisze Bonda:

„Biegli rozpoznali u niej nieprawidłowy rozwój osobowości. Zauważyli, że ma skłonność do stosowania mechanizmów obronnych typu wyparcia i zaprzeczenia. Należy do osób bardzo bystrych, spostrzegawczych, ma dobrą sprawność intelektualną (iloraz inteligencji – 110 punktów), prawidłowo przeszła testy psychologiczne. Cechuje ją także duża elastyczność zachowań w zależności od sytuacji. Ale uczuciowość wyższa nie uległa u niej w pełni wykształceniu, stwierdzono nawet patologię w sferze emocji, brak poczucia odpowiedzialności przy jednoczesnej dobrej sprawności intelektualnej. Biegli psychologowie stwierdzili, że gdyby Szymańska chciała zmienić swoje życie, mogłaby to zrobić bez trudu. Przy tak wysokim ilorazie inteligencji z pewnością ukończyłaby studia”.

Ta wnikliwa analiza pokazuje, że  Monika Szymańska z łatwością mogła zostać liderką bandy. Od 15 roku życia zaczęła pić. Alkohol sprawiał, że stawała się agresywna i skłonna do konfliktów.

Wieczór zabójstwa  

Tego dnia, 13 czerwca 1997 roku, Monika Szymańska miała jechać z kolegami do Niemiec, sprowadzić kradzione samochody. Z tego typu „zleceń” żyła – oszustwa, wyłudzenia, lewe konta bankowe. W rozmowie z Katarzyną Bondą wspomina, że trzech grafologów badało charakter pisma, a i tak nie odgadli, że to ona je sfałszowała.

Wtedy jednak, jak zeznała, miała przeczucie, że wpadną, dlatego zmieniła termin wyjazdu, a feralny wieczór cała trójka spędziła na libacji w barze.

Szybko się wstawili, wywiązała się nawet pyskówka i pijacka awantura, jednak została szybko zażegnana.

Do baru podjechało także polonezem kilku mężczyzn z Łomianek. Byli już pod wpływem. Zaczęli opowiadać, że na polance biesiadują maturzyści i że trzeba im pokazać, kto tu rządzi. Jak się później okazało, mężczyźni chcieli wprosić się na ognisko bawiącej się młodzieży, a uwaga któregoś z nastolatków, żeby dołożyli drewna do ognia, obraziła ich do tego stopnia, że szukali kompanów do dania młodym nauczki. Sami niewiele mogliby zdziałać – licealiści mieli przewagę liczebną, było tam ok. 30 osób.

Monika i jej towarzysze, Tomasz K. i Marek Sz., postanowili połączyć siły z szukającymi zaczepki mężczyznami. Wszyscy razem wsiedli do swoich samochodów i natychmiast pojechali we wskazanym kierunku. Około pierwszej w nocy ognisko się dopalało, a na polance była już tylko garstka osób, która planowała wrócić do domów nocnym autobusem.

Atak na maturzystów 

Nagłe światła pędzących samochodów oślepiły młodzież. Z dwóch aut: poloneza i fiata 125p wysiadło około 10 napastników uzbrojonych w to, co znaleźli w środku, a co według nich nadawało się do „wymierzenia kary”: kije baseballowe, pałkę policyjną, gaśnicę. Z dogasającego ogniska zabrali drewniane drągi.

zbrodnia w parku Młocińskim
Maturzyści byli kompletnie zaskoczeni atakiem

Maturzyści zaczęli uciekać w stronę lasu, chcąc ukryć się wśród drzew i krzaków. Na polanie został jedynie chłopak, który zasnął w altance. To jego dopadli jako pierwszego. Bili go kijami, a z każdą minutą ich zaciekłość rosła. Zaskoczony, zamroczony alkoholem i co chwilę tracący przytomność z bólu chłopak nie zapamiętał żadnych znaków szczególnych swoich oprawców.

Następną znalezioną ofiarą był przyjaciel Tomka. Wywlekli go na polanę i leżącego także tłukli kijami, kopali w plecy. Oprócz znęcania fizycznego, było także psychiczne, np.: zanim go okradli, kazali mu szczekać.

Motyw zbrodni 

Bandyci zaatakowali także parking, na którym stał Ford Transit, w którym siedziała para niezwiązana ze świętującymi maturzystami. Żądając pieniędzy, zaczęto wybijać szyby i niszczyć karoserię. Kobiecie udało się uciec, mężczyzna musiał się bronić. Jak wspomina, wyczuł moment, który mógł być jedyną szansą na ucieczkę. Uruchomił forda i w popłochu staranował Fiata 125p, czyli jeden z samochodów napastników, który zastąpił mu drogę. To jeszcze bardziej rozwścieczyło bandę. Chcieli zemsty i zwrotu pieniędzy za straty. Ponieważ wciąż święcie wierzyli, że para z samochodu należała do ekipy z liceum, postanowili, że złapią któregoś z dzieciaków i zmuszą do wskazania kierowcy, a co za tym idzie – do spłaty odszkodowania. Samochód bowiem należał do matki jednego z atakujących mężczyzn – Marka

Polowanie na maturzystów 

W tym czasie kierowca forda zawiadomił policję o brutalnym napadzie. A w parku rozpoczęło się polowanie. Grupka przerażonych nastolatków wciąż schowana była w krzakach. Dziewczyny postanowiły wycofać się głębiej w las. Napastnicy krzyczeli, że jeśli nastolatkowie nie wyjdą, to użyją wobec nich broni (choć tak naprawdę jej nie mieli).

Tomek Jaworski został kozłem ofiarnym

Tomek Jaworski, by porozumieć się z kolegami, zaczął gwizdać. Niestety – zdradził swoją pozycję. Wyszedł z krzaków.Rozwścieczeni bandyci z miejsca zaczęli okładać go kijami – jeden z nich uderzył chłopaka w głowę z taką siłą, że złamał kij. Świadkowie wspominali, że słyszeli krzyki Tomka, w których błagał, by przestali bić, że odda im wszystko. Niestety, nic to nie pomogło. Napastnicy mieli swojego kozła ofiarnego, na którym mogli się wyładować, a ich głównym celem było zdobycie odszkodowania za zniszczony samochód.

 

Porwanie

Ciężko pobitego i krwawiącego chłopaka zawlekli do samochodu. Wsadzili do bagażnika, a zamykając go, przytrzasnęli mu głowę. Zawieźli go do mieszkania Moniki na Bródnie. Tam przywiązali do kaloryfera przedłużaczem. Przez całą następną dobę Tomek Jaworski był męczony – bito go kijem baseballowym, grożono tasakiem, obcinano włosy, przypalano lokówką. Jednocześnie dla samych oprawców rozpoczęła się libacja: pili, jedli, uprawiali seks, oglądali telewizję. Tomek Jaworski znalazł się jakby w innej rzeczywistości, jakby nagle ze szczytu nieba wpadł w najgłębsze odmęty piekła, o których istnieniu nawet nie zdawał sobie sprawy.

Około wpół do czwartej w nocy ponoć udało mu się dodzwonić do kolegi i zapytać, czy z nim wszystko w porządku. Sam zdążył tylko powiedzieć, że kiepsko się czuje i nie może rozmawiać. Potem połączenie zostało przerwane.

Tomek Jaworski nie wrócił do domu 

Tymczasem jego rodzice zaniepokoili się faktem, że syn nie wrócił do domu. W dodatku, około wpół do czwartej ktoś do nich zatelefonował. Damski głos wypytywał matkę Tomka, czy wie, gdzie i z kim jest jej syn. Dodał także, że był wypadek, w którym ucierpiał ford transit i zapytał, jakim samochodem jeździ Tomek. Gdy matka chłopaka odpowiedziała, że syn nie ma samochodu, kobieta po drugiej stronie rozłączyła się.

Wystraszeni rodzice natychmiast pojechali na policję. Tam spotkali kolegę z klasy Tomka, który opowiedział im o napaści. Powiedział, że udało mu się jakoś wymknąć i zadzwonić na policję ze stacji benzynowej. Matka domaga się natychmiastowego rozpoczęcia akcji poszukiwawczej. Funkcjonariusz jednak zbywa ją stwierdzeniem, że „syn pewnie upił się i śpi gdzieś z dziewczyną”. Rodzice Tomka dzwonią do kuzyna i najlepszego przyjaciela syna, który również był na ognisku. Potwierdził on, że również około wpół do czwartej zadzwonił do niego sam Tomek pytając, czy wszystko z nim w porządku. Kuzyn odpowiedział, że tak i zapytał, czy z nim bardzo źle? „Bardzo” – odpowiedział Tomek. Dodał, że nie może rozmawiać i na tym połączenie się skończyło. Kuzyn jednak sądził, że Tomek dzwoni z domu, a nie chcąc denerwować rodziców, rozmawiał krótko.

Rodzice Tomka utrzymują, że gdyby policja potraktowała ich niepokój poważnie, syn by żył. Tymczasem od przyjęcia zgłoszenia do morderstwa minęło 20 godzin. Akcja policyjna rozpoczęła się 14 czerwca około godziny 16:00.

Mózgiem operacji była kobieta

Tymczasem przez cały ten dzień torturowano Tomka. Żądano, by powiedział, kto jest właścicielem forda. Chłopak jednak nie mógł tego powiedzieć, bo nie znal właściciela. Wyszło też na jaw, że w sąsiednim bloku mieszka rodzina Tomka. Z obawy przed wykryciem, Monika podjęła decyzję, co zrobią ze swoją ofiarą. Postanowiono Tomka zabić, a ciała się pozbyć.

Monika Szymańska wszystko dokładnie zaplanowała. Jeden z pomagających jej mężczyzn miał dostarczyć nóż i łopatę. Kazała mu też kupić sznurek i napełnić kanister benzyną. Na mordercę natomiast wybrała drugiego z mężczyzn 19-latka, który był pod jej silnym wpływem i opiekował się jej dziećmi. Monika, jako mózg operacji, kierowała wszystkim aż do końca w białych rękawiczkach.

Zabójstwo 

Około godziny 22:00 cała trójka wyprowadziła swoją udręczoną, ledwo żywą ofiarę. Ubranie Tomka było całe we krwi, dlatego zarzucono na niego koszulę Moniki, by odzież nie wzbudzała podejrzeń. Był boso.

Zatrzymali się nad Kanałem Żerańskim na Białołęce. Mężczyźni wysiedli. W samochodzie zostali tylko Tomek i Monika. Dziewczyna zagadywała go i uspokajała, gdy tymczasem jej wspólnicy kopali Tomkowi grób… W końcu wyprowadzili Tomka na zewnątrz. Nie prosił o litość. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Dobij mnie”.

Tomkowi zadano nożem 4 śmiertelne ciosy w okolicach serca. Aby upewnić się, że nie żyje, Monika Szymańska przydepnęła ciało. Usłyszała rzężenie. Skomentowała to krótko: „To zawsze tak po nożu” i dodała: „Musieliśmy go zajebać, bo inaczej by nas wydał”.

Ciało Tomka Jaworskiego oblano benzyną i podpalono. Następnie to, co zostało ze zwłok, zrzucono do dołu i zakopano ziemią. Wrócili do mieszkania Moniki i jakby nigdy nic, bawili się dalej. Jedynie jeden z pomagających Szamańskiej mężczyzn, ten słabszy psychicznie, opowiedział koledze, który również uczestniczył w maltretowaniu Tomka, co z nim zrobili. Był to Robert W., pseudonim „Biały”, który później sam zgłosił się na komendę 16 czerwca. To on był właścicielem Fiata 125p.

Przyznał się do pobicia i porwania Tomka, wskazał również morderców. Dzięki temu wieczorem tego samego dnia aresztowano Monikę Szymańską i jeszcze dwie osoby. Dwa dni później policja dotarła do zakopanego w lasku nad Kanałem Żerańskim ciała. Wszyscy funkcjonariusze obecni przy odkopywaniu ciała Tomka, byli przerażeni ogromem bestialstwa, jakie zobaczyli. Twarz miał całkowicie zdeformowaną. Rany na klatce piersiowej. Zwłoki były częściowo spalone. A to wszystko zadane ofierze bez żadnej przyczyny.

To właśnie przyczyny zbrodni, a raczej ich brak, rozjuszyło opinię publiczną. Sprawcami byli dotąd niekarani młodzi ludzie, a mózgiem operacji – 24-letnia matka trójki dzieci.

Brutalna zbrodnia wzbudziła emocje 

23 czerwca 1997 roku upamiętniono Tomka Jaworskiego. Ulicami Warszawy przeszedł czarny marsz liczący około 4 tys. osób. Jego rodzina, koledzy z klasy, świadkowie wydarzeń 13 czerwca, znajomi i nieznajomi oddali mu hołd. Na czele pochodu niesiono czarny transparent, na którym białymi literami napisano: „Tomek nie żyje, bestialsko zamordowany bez żadnej przyczyny”.

Tomek Jaworski czarny marsz
Zbrodnia wzbudziła ogromne emocje opinii publicznej | fot. Agencja Gazeta, Piotr Wójcik

Poszukiwania Tomka Jaworskiego trwały tydzień i nie dały żadnego rezultatu. W tym czasie policjanci przesłuchiwali agresorów z Łomianek. Wreszcie udało się ustalić z całą pewnością sprawców. Kiedy policja weszła do mieszkania Moniki, wciąż były tam ślady krwi. Na ścianach w łazience, na dywanie w pokoju, na kaloryferze… Zabezpieczono także włosy i inne ślady biologiczne.

Monika Szymańska przyznała się, że brała udział w porwaniu maturzysty. Przyznała, że był przetrzymywany, bity i dręczony w jej mieszkaniu, ale twierdziła, że nie brała w tym czynnego udziału, ani nie wie co się z nim stało. Mężczyźni mieli przywiązać go do drzewa i zostawić. Sądziła, że nie jest to takie straszne rozwiązanie, gdyż rano, idąc do pracy, ktoś na pewno go dostrzeże i rozwiąże.

Proces 

Maj 1998 roku, Sąd Wojewódzki w Warszawie. Rusza proces oskarżonych o zabójstwo Tomka Jaworskiego. Dziewięć osób zasiada na ławie oskarżonych. Monice, Tomaszowi i Markowi prokurator zarzuca dokonanie zabójstwa, natomiast pozostałym: udział w rozboju, uprowadzenie, niepowiadomienie o zabójstwie. Jako oskarżyciele posiłkowi występowali rodzice Tomka. Rozprawy gromadziły sporą publiczność, a media skwapliwie je śledziły.

Proces Moniki Szymańskiej
Monika Szymańska została nazwana w mediach “królową zbrodni” | fot. PAP, Adam Urbanek

Głównie skupiły się na postaci Moniki Szymańskiej, która została okrzyknięta „królową zbrodni”. Dumna i bezczelna, na większości rozpraw nie okazywała skruchy, utrzymując, że jest niewinna. Mówiła, że to mężczyźni zmuszali ją do uczestnictwa w zbrodni, grożąc, że inaczej coś złego stanie się jej dzieciom, a także, iż nie wiedziała, że planowane jest zabicie chłopaka. Ponadto mową ciała również nie zdradzała, by czuła się winna. Nie unikała kontaktu wzrokowego z nikim – nawet z matką Tomka. Stanowczo zaprzeczała twierdzeniom współoskarżonych, że to ona była inicjatorką oraz, że kierowała całą akcją.

Monika Szymańska była przywódcą grupy 

Według opinii psychologa złożonej przed sądem, Monika Szymańska odznacza się ponadprzeciętną inteligencją, jest bystra i posiada zdolności przywódcze. Potrafi manipulować ludźmi i ma dominującą osobowość oraz charyzmę. Według biegłych nie jest typem ofiary.

Przed sądem do zabójstwa przyznał się jedynie mężczyzna, który zadał ofierze 4 ciosy nożem. Prosił też rodziców Tomka o przebaczenie. Marek, drugi ze sprawców przyznał się tylko do uprowadzenia i przetrzymywania ofiary. Obaj wskazywali również, że Monika Szymańska zamordowała też inną kobietę. W późniejszym dochodzeniu odkryto, że chodzi o zaginioną Anetę D. (w 2003 roku sąd rejonowy w Otwocku uznał Monikę Szymańską współwinną porwania Anety D, której ciała nigdy nie odnaleziono).

Wyrok w sprawie Tomka Jaworskiego zapadł 19 listopada 1998 roku. Główni oskarżeni zostali uznani winnymi. Monika Szymańska i mężczyzna, który zadał śmiertelne ciosy zostali skazani na dożywocie.

Dwie Moniki – zła i dobra

„We mnie są dwie Moniki – zła i dobra” – powiedziała  Monika Szymańska w rozmowie z Katarzyną Bondą w książce Polskie morderczynie„Nie, nie jestem psychiczna, tylko mam taką skomplikowaną osobowość”. Opowiada o dzieciach, o tym, że wszystko dla nich, a największą karą jest rozłąka z nimi. Największą udręką – fakt, że wszystko odbija się na nich. Praktycznie same musiały i muszą radzić sobie z opinią innych na temat ich matki:

„Muszę się cieszyć, że w ogóle chcą ze mną rozmawiać, że nie rzucają słuchawką, że chce im się tutaj do mnie jechać, dawać mi kasę. Na papierosy, kawę, karty do telefonu. Tak, to dzieci mnie utrzymują.(…) Własna matka kulą u nogi. Dodatkowo, jakby miały mało przeze mnie kłopotów. Bo ja wszystko zniosę, żeby tylko mi dzieci nie dręczyli, żeby nie było na nich nagonki… (płacze)”.

Przez cały czas trwania procesu starała się pokazywać, że to ona jest poszkodowana, a mężczyźni zmuszali ją do wykonywania ich rozkazów. Sąd jej nie uwierzył, oceniając, że „oskarżona tak dalece stara się przedstawić siebie jako ofiarę, że według niej koledzy uknuli spisek”.

Opinia biegłych

„Monika i jej kompani zostali poddani dokładnym badaniom przez psychiatrów. Uznali oni, że kobieta ma osobowość dyssocjalną. Dodatkowo ze względu na rodzaj relacji w grupie (Monika twierdziła, że była gwałcona i zastraszona przez współsprawców) oraz konieczność ustalenia dynamiki tych relacji w trakcie dramatycznych wydarzeń, sąd powołał profesora seksuologii Zbigniewa Lwa Starowicza. Ten wydał opinię, którą cytowali wszyscy dziennikarze, o niezwykle inteligentnej i androgennej osobowości kobiety. Stwierdził on między innymi, że kobieta o silnej osobowości, dominującej, o takiej panoramie zachowań, które silnie oddziałują na mężczyzn, nie może spełniać roli ofiary. Monika ma osobowość androgenną, w której dominują cechy męskie. Tymczasem po zbadaniu wszystkich oskarżonych Starowicz uznał, że zarówno Marek S., jak i Tomasz K. są kobiecymi mężczyznami, z przeważającą ilością cech kobiecych.

Relacje między nimi były relacjami dominującej kobiety z mężczyznami skłonnymi do uległości wobec niej. Nie przypadkiem wszyscy mężczyźni w skali męskości uzyskali bardzo niską liczbę punktów. Zachowania oskarżonych nie miały głównie seksualnego kontekstu, ale jest prawdopodobne, że ujawniały potrzebę ekspresji męskiej siły i dominacji. Nie można wykluczyć podświadomej rywalizacji męskiej wobec dominującej kobiety”.

Potrafiła manipulować

Sąd uznał, że Monika chciała wywołać współczucie, podczas gdy tak naprawdę do końca manipulowała własnymi reakcjami. Jej wypowiedzi nie współgrają z egocentrycznym zachowaniem. W sądzie, gdzie wie, że od jej postawy i tego co powie zależeć będzie jej los – zachowuje się poprawnie; kontroluje swoje reakcje i wypowiedzi. Tymczasem tam, gdzie nie musiała tego robić – była agresywna, arogancka i wulgarna.

Nawet na ten zarzut Monika znajduje odpowiedź: „Chciałam sprostać wyobrażeniom, jakie mieli o mnie wszyscy dookoła: prokuratorzy, dziennikarze, policjanci… I jak ktoś od pietruszki mnie od „morderczyń” wyzywał, sam na siebie ściągał złe czyny. A ja potrafię przypierdolić, a jakże”.

Dziś Monika Szymańska jest „wzorową osadzoną grudzieńskiego więzienia”, zbiera nagrody i pochwały. Nie uczestniczy w buntach, bo, jak mówi, już swoje w życiu przeżyła i jest za stara na takie „pajacowanie”.

Nigdy nie przyznała się do udziału w zbrodni na warszawskim maturzyście.

4 KOMENTARZE

  1. Ta historia bardzo przypomina mi historie która wydarzyła się w moim rodzinnym mieście- Skarżysku kilka lat później.
    Zginął niewinny chłopak- także maturzysta – bez konkretnego powodu, poprostu zwrócił komuś uwagę.
    Przebieg wydarzeń został ustalony, sprawcy zostali skazani jednak przez ponad 15 lat nie udało się odnaleźć ciała Bartka 😢

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here