Zabójstwo braci Marców | 203. POLSKIE SPRAWY

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Marcinkowice to niewielka wieś w Małopolsce. Położona nieco na północ od Miechowa, w gminie Charsznica. Obecnie zamieszkana jest przez niewiele ponad dwa tysiące osób, ale jeszcze kilkanaście lat temu, mieszkańców było tam zaledwie trzystu. Nie ulega wątpliwości, że każdy zna tu każdego, a mieszkańcy wiedzą o sobie całkiem sporo. Dlatego zabójstwo braci bliźniaków, do którego doszło w październiku 2005 roku nie schodziło z ust okolicznych mieszkańców przez wiele lat. Tak jest zresztą do dziś.

 

Bracia Marzec

Od wielu lat, we wsi Marcinkowice, położonej w Małopolsce, Zdzisław i Stanisław wspólnie prowadzili 10-hektarowe gospodarstwo rolne. Ziemię wiele lat wcześniej odziedziczyli po ojcu. Bracia w gospodarstwie mieli krowy mleczne, trzodę chlewną i dwa konie. Rytm ich dnia wyznaczała praca na roli i opieka nad zwierzętami. Tak było też w poniedziałek 24 października 2005 roku. Do godzin wieczornych obaj krzątali się w swoim gospodarstwie i karmili zwierzęta. Tak, jak mieli w zwyczaju. I właśnie tego dnia sąsiedzi widzieli ich po raz ostatni.

We wtorek, następnego dnia żaden z braci nie wyszedł z domu. Mężczyźni nie pojawili się też w obejściu. A to było dla nich wyjątkowo nietypowe. Sąsiedzi niemal od razu zaczęli podejrzewać, że coś musi być nie tak. Być może stało się coś złego. Wieść o tym szybko rozeszła się po całej wsi. W połowie dnia, o nieobecności braci coraz głośniej dawały znać ich zwierzęta, które bez opieki biegały po gospodarstwie. Od rana nikt ich nie nakarmił. Gdy zapadł zmrok, w żadnym z okiem domu należącego do braci Marzec nie świeciło się światło.

To wzbudziło jeszcze większy niepokój u sąsiadów. Jeden z nich, mieszkający niedaleko braci, około godziny 19 postanowił pójść do domu Marców i sprawdzić co się dzieje. Po krótkim spacerze doszedł do bramy ich posesji i zaczął nawoływać, ale bez skutku. Choć robił to dłuższą chwilę, nikt nie odpowiedział na jego wołania. Dlatego postanowił jak najszybciej skontaktować się z najbliższą jednostką policji. Wybrał numer do Komendy Powiatowej Policji w Charsznicy. Telefon odebrał oficer dyżurny, ale sąsiad Marców nie przedstawił się. Zgłoszenie złożył anonimowo. 

 

Marcinkowice – wieś w której mieszkali bracia Marzec, województwo małopolskie, Google Maps

 

Stodoła pełna krwi

Niedługo po telefonie, na miejsce dojechał pierwszy patrol policji. Funkcjonariusze rozejrzeli się najpierw dookoła domu i gospodarstwa. Nie było tam jednak nikogo, w domu panował mrok, nie paliło się żadne światło. Dlatego postanowili wejść na posesję. Gdy weszli za bramę i przeszli kawałek w głąb działki ich oczom ukazał się przerażający widok. Najpierw dostrzegli ciało pierwszego brata. Zmasakrowane zwłoki leżały w stodole. Choć widok był wstrząsający, za chwilę miało się okazać, że to wcale nie koniec. Policjanci skierowali swoje kroki w stronę domu i próbowali otworzyć frontowe drzwi, co okazało się nie lada wyzwaniem. Po chwili zorientowali się, że coś po drugiej stronie stawia opór. Gdy w końcu udało im się wejść do środka – zamarli.

W sieni domu, na podłodze znaleźli drugiego brata. Jego ciało było ułożone w taki sposób, że lewa noga blokowała frontowe drzwi, stąd problemy funkcjonariuszy z wejściem do środka. Zwłoki drugiego brata były równie zmasakrowane. Mimo doświadczenia i wielu lat pracy w policji, funkcjonariusze byli przerażeni tym, co zobaczyli. Do tej pory, w tej małej, z reguły spokojnej wsi nie dochodziło do podobnych zdarzeń. Razem z funkcjonariuszami na posesję wszedł jeden z sąsiadów braci, który tak opisywał to, co zobaczył:

 

To było straszne, okropny widok. Nie wiem, który leżał w domu, a który w chlewie. To były ciała tak zmasakrowane na twarzy, że nie szło ich odróżnić.

 

Na miejsce zabójstwa policjanci szybko wezwali wsparcie, w tym techników i przewodnika z psem tropiącym. Gdy czworonóg dotarł do domu braci szybko podjął trop, co dało funkcjonariuszom nadzieję na znalezienie jakichś śladów. Ale szybko go zgubił. Zaraz za domem, w polu.

 

1 sprawca, 2 ofiary

Rozpoczął się proces zabezpieczania wszystkich śladów znalezionych na miejscu zbrodni. Technicy pracowali bez wytchnienia, przez wiele godzin. Wszyscy mieli nadzieję na szybkie znalezienie sprawcy. Wokół domu i w samym budynku policja zabezpieczyła szereg śladów. Było ich ponad sto, w tym odciski palców i włókna pochodzące z odzieży. Pomimo dokładnych i szczegółowych przeszukań miejsca zbrodni, nie znaleziono narzędzia, którego sprawca użył do zabicia braci. Na podstawie zeznań świadków możemy przyjąć, że do zabójstwa mogło dojść w poniedziałek w godzinach wieczornych. Tego dnia około 18 bracia byli jeszcze widziani przez sąsiadów, zajmowali się czymś na gospodarstwie.  

Funkcjonariusze przesłuchali wszystkich mieszkańców Marcinkowic. Jeden z sąsiadów podzielił się z nimi ciekawą informacją. Otóż do gospodarstwa Marców były dwa wejścia. Oprócz bramy, która znajdowała się od frontu i wychodziła na główną ulicę wsi, z tyłu domu było jeszcze jedno wejście. Mała furtka, prowadząca prosto na pole. Zdaniem sąsiada wiedzieli o niej tylko mieszkańcy wsi. Bracia mieli korzystać z tego wyjścia, gdy szli pracować w polu. Z policyjnych oględzin miejsca zabójstwa wynikało, że sprawca był jeden. Dokładny opis położenia zwłok znalazł się w raporcie: 

Zwłoki Zdzisława leżały na wznak, przy drzwiach do chlewni. Głowa zwrócona była w stronę zamkniętego wejścia. Druga ofiara, Stanisław leżał za lekko otwartymi drzwiami wejściowymi do domu, na betonowej posadzce. Twarz miał skierowaną do ziemi, a jego nogi ułożone były w stronę drzwi. 

 

Stanisław miał na sobie czarne spodnie i buty, a także kurtkę w kolorze jasnym. Z kolei Zdzisław, był ubrany w ciemnozieloną kurtkę, spodnie w kolorze ciemnoniebieskiem oraz czarne kalosze. Obaj na głowie mieli czapki. 

 

Pies nie szczekał

Policjanci dokładnie przeszukali dom braci. Mimo bałaganu, który panował w nim na co dzień, funkcjonariuszom udało się znaleźć ślady plądrowania. Mnóstwo rzeczy były wyrzuconych z szafek i rozrzuconych po podłodze. Pod oknem, w głównym pokoju, w którym bracia spali, leżały worki z ziarnem. Łóżka wyglądały jakby przed chwilą ktoś w nich grzebał i czegoś szukał. W pewnym momencie policjanci, pod jednym z nich znaleźli słoik, a w nim – ku ich wielkiemu zaskoczeniu – ponad 800 dolarów. Po przeszukaniu ubrań braci okazało się, że w jednej z kurtek schowane były zegarki. Podczas oględzin i przeszukania domu, policyjni technicy miejsce tragedii uwiecznili na taśmie. To częste działanie policji. Na nagraniu widać wnętrze domu ofiar.

Na podłodze, w przedsionku można dostrzec dwie duże plamy krwi, wokół – brud i kurz. Jakby w tym domu od dawna nikt nie sprzątał. Schody, które pojawiają się w tle wyglądają na wyjątkowo stare. W pokoju, który służył braciom za sypialnię oprócz bałaganu, widać swobodnie biegającego kota. Wokół telewizora, stołu i łóżek leżało pełno kartonów i różnych rupieci. Na nagraniu uwieczniono też obejście domu. Policjanci nagrali działkę, po której, bez opieki i nadzoru biegały kury. Niedaleko wejścia do budynku gospodarczego stał czerwony traktor. Wyglądał, jakby dosłownie przed chwilą ktoś go używa. Ale mimo, że dom i obejście przeszukano bardzo dokładnie i skrupulatnie, to policji nie udało się ustalić czy coś zginęło.  

Sąsiedzi ostatni raz widzieli braci Marzec w poniedziałek, 24 października 2005 roku. Rozpytywani przez policję zeznawali zgodnie, że tego dnia nie widzieli nikogo podejrzanego. Ani na posesji Marców, ani we wsi. Zwrócili jednak uwagę na psa należącego do braci, który nie szczekał przez cały dzień. Może czworonóg znał sprawcę. 

 

Autopsja braci Marzec

Sekcja zwłok braci Marzec wykazała, że obaj mężczyźni zostali uderzeni w głowę tępym i tępokrawędzistym narzędziem. Badania jednoznacznie wykazały też, że bracia zaciekle się bronili, gdy sprawca ich atakował. Na ich ciałach znaleziono liczne ślady, które na to wskazywały – mocno poranione były ich ręce, ale urazów było znacznie więcej.

U Zdzisława wykryto złamanie twarzoczaszki z krwią pod oponą twardą i pajęczą mózgu, obrzęk mózgu, wylewy krwawe w mięśniach przykręgosłupowych odcinka szyjnego kręgosłupa, złamanie żeber po lewej stronie, wylew krwawy podwsierdziowy i rany tłuczone głowy. Stanisław miał z kolei złamanie kości czaszki, w tym twarzoczaszki, zerwanie opony twardej z krwią pod oponą pajęczą mózgu, obrzęk mózgu i krwiak podtwardówkowy. 

Krótko po zabójstwie, na prośbę policjantów, biegli sporządzili portret psychologiczny domniemanego sprawcy. Z ustaleń wynikało, że zabójca był jeden. Miał na to wskazywać mechanizm zadawania ciosów. Całe zdarzenie mogło trwać od kilku do kilkunastu minut. Sprawca był wyższy od braci i dobrze znał wieś. Musiał też wiedzieć o drugim wejściu na posesję, które znajdowało się z tyłu domu – z zeznań świadków wynikało, że wiedzieli o tym tylko mieszkańcy wsi. 

W profilu psychologicznym biegli podkreślili też, że zabójca musiał znać obie ofiary. Specjaliści stwierdzili też, że morderca charakteryzuje się brakiem poczucia winy związanego z zabójstwem. Miał też żywić do braci negatywne uczucia. 

 

Być może powodem ataku był konflikt z przeszłości, który eskalował z jakiegoś powodu i sprawca postanowił się zemścić lub wyrównać rachunki. Jak było naprawdę? Odpowiedź znajdziecie w odcinku 203.

Odcinek 202 to równie tajemnicza sprawa 

Słuchaj podcastów na: