Robert Wójtowicz zaginięcie

Jedno z najgłośniejszych zniknięć w naszym kraju. Zaginięcie Roberta Wójtowicza od 1995 roku było obiektem zainteresowania mediów ogólnokrajowych. Jednak dopiero Archiwum X skierowało sprawę na nowy tor. Dzięki ich śledztwu, jesteśmy coraz bliżej poznania prawdy.

Link do wersji audio:

Robert Wójtowicz urodził się 29 października 1972 roku w Krakowie. Jak każdemu z dzieci Heleny i Lecha, po narodzinych, został mu założony segregator, aby gromadzić pamiątki, które otrzyma, kiedy rozpocznie dorosłe życie. Segregator chłopaka rozpoczynał list matki. Pisała w nim do swojego męża, jak bardzo cieszy się z narodzin syna. W tamtym czasie mieli jedynie córkę. Kilka lat po Robercie, na świat przyszedł jego brat.

Wykształcenie

Lech Wójtowicz wspomina, że starszy syn na początku nie chciał się uczyć, wolał wychodzić na dwór z kolegami. Jednak kiedy był w czwartej klasie, udało się go zarazić pasją do książek i od tej pory wszystko odwróciło się o 180 stopni. Chłopca trzeba było namawiać, aby zostawił lekturę i wyszedł z domu. Stał się wzorowym uczniem.

Robert był wzorowym uczniem, zaangażowanym w dodatkowe zajęcia | robertwojtowicz.pl

Po ukończeniu podstawówki, spełnił marzenie swoje, oraz taty, zdając egzaminy, jak i testy sprawnościowe i dostając się do elitarnego Liceum Lotniczego w Dęblinie, do którego przyjmowany był zaledwie jeden na dwudziestu kandydatów. Rozłąka z rodziną i napięty, wojskowy harmonogram dnia nie ostudziły jego zapału. Zdobył odznkę skoczka spadochronowego i liczne wyróżnienia za wyniki w nauce, oraz udzielanie się w grupach sportowych. Liceum ukończył z czerwonym paskiem, zostając mechanikiem osprzętu lotniczego. Następnie spędził trzy semestry na nauce w Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. Znów dał się poznać jako prymus, a dodatkowo udzielał się w Kole Honorowych Krwiodawców. Nie chciał jednak wiązać przyszłości z wojskiem, a dodatkowo miał dość ciągłej tęsknoty za rodziną. Te czynnik spowodowały, iż podjął on decyzję o powrocie w rodzinne strony.

Powrót do Krakowa

Robert uprawiał liczne sporty, był bardzo aktywny fizycznie | robertwojtowicz.pl

Po powrocie, od razu dostał się na niezwykle obleganą wtedy psychologię Uniwersytetu Jagiellońskiego. Z domu wychodził dość rzadko – na zajęcia, do biblioteki i na spotkania duszpasterstwa akademickiego. To właśnie w tych miejscach miał jedynych znajomych, chociaż z żadnym z nich nie był wyjątkowo blisko. Był osobą głęboko wierzącą, bezkonfliktową i ufną. Każdy mógł liczyć na jego pomoc, nigdy nie sprawiał żadnych kłopotów. Nie imprezował, był przeciwnikiem wszelkich używek. Chodził na siłownię, uprawiał sporty, grał na gitarze. Robił mnóstwo własnych notatek, w których starał się ciągle znajdować sposoby na samodoskonalenie.

Był bardzo zżyty z rodzicami i rodzeństwem. W czasie nauki poza Krakowem, pisał pełne miłości listy do nich. Później takie listy pisał do taty, który przeniósł się z huty w Katowicach do pracy w Rosji, przez co rzadko mógł odwiedzać rodzinę, ale zapewniał jej większe pieniądze. 5 stycznia 1995 roku, pisał o zimie, wizycie księdza po kolędzie, zbliżających się egzaminach. Chwalił się także, iż oddał już pięć i pół litra krwi, więc jedynie pół litra dzieli go od medalu. Zastanawiał się, jaki jest rekord w dziedzinie krwiodastwa. To ostatni list, jaki kiedykolwiek napisał.

Zaginięcie

20 stycznia 1995 roku, chłopak jako ostatni wychodził z domu. Przed zajęciami na uczelni, miał iść do biblioteki, a wieczorem wstąpić do szwagra, aby oglądać filmy. Nie zachowywał się dziwnie, rodzina nie zauważyła nic niepokojącego. Około 13:00 był widziany, jak wychodzi z domu. To ostatnie znane miejsce pobytu studenta. Nie dotarł już ani do biblioteki, ani na uczelnię. Wieczorem mama pościeliła mu łóżko. Robiła to zawsze, kiedy syn miał wrócić późno do domu. Z kolei kiedy ona wracała później, to on szykował łóżka. Helena Wójtowicz zwykle czekała, aż wszyscy wrócą do domu. Tym razem była wyjątkowo zmęczona i zasnęła. Po przebudzeniu spostrzegła, że łóżko starszego syna jest nietknięte. Nie było go również w łazience. Kobieta wiedziała już, że musiało stać się coś złego. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, żeby Robert nie wrócił na noc.

Poszukiwania

W całym Krakowie rozwieszano plakaty informujące o zaginięciu chłopaka | robertwojtowicz.pl

Helena udała się na policję razem z córką, jednak zgłoszenie o zaginięciu zostało przyjęte dopiero po upływie 48 godzin. W tym czasie rodzina próbowała szukać Roberta, wypytując u znajomych, czy w szpitalach. Po kilku dniach, powiadomiono również Lecha Wójtowicza, któy natychmiast wrócił z Rosji, aby odnaleźć syna. Rodzice oraz rodzeństwo, kożdego dnia wychodzili wieszać plakaty z wizerunkiem chłopaka. Odwiedzali telewizję, radia, oraz redakcje prasowe prosząc o nagłośnienie sprawy. Widząc, iż śledztwo policyjne nie przynosi żadnych wyników, wyznaczyli wysoką nagrodę pieniężną za informacje mogące pomóc odnaleźć studenta, wynajęli prywatnego detektywa, a nawet chodzili do wróżek i jasnowidzów. Sprawdzali każdy, nawet najmniejszy trop. Przeszukiwali codziennie miejsca w Krakowie, które wskazywały im wróżki, ale w żadnym nie znaleźli nawet najmniejszego śladu. Kiedy Robert otrzymał list od znajomego z Łodzi, udali się również tam licząc na jakiekolwiek informacje. Niestety i to spełzło na niczym. Nie tracąc nadziei, wciąż liczyli na informacje i odnalezienie chłopaka.

Porwanie?

Pewnego dnia, do państwa Wójtowicz przyszedł mężczyzna, podając się za najlepszego przyjaciela Roberta ze studiów. Powiedział, że zadzwonili do niego porywacze, którzy żądają przekazania 30 milionów starych złotych okupu. Wbrew żądaniom, powiadomiono policję, obstawiono dom i oczekiwano na kolejny telefon. Jednak nikt już nie zadzwonił, ani nie zgłosił się po pieniądze. Po latach Helena nadal żałowała, że powiadomili wtedy organy ścigania wierząc, że może odzyskaliby syna, gdyby zapłacili. Lech natomiast uważał, że było to zwykłe oszustwo- czemu porywacze nie zadzwonili do nich, choć ich numer, zapisany na plakatach, widniał na każdym rogu Krakowa? Dodatkowo okup, który na dzisiejsze pieniądze wynosiłby 3 tysiące, był śmiesznie mały. Przypuszczenia ojca potwierdziły późniejsze badania wariografem. Stwierdzono, iż kolega nie miał wprawdzie nic wspólnego ze zniknięciem Roberta, ale najprawdopodobniej dopuścił się próby wyłudzenia okupu.

Wizerunek Roberta często pojawiał się w mediach, jednak przyniosło to jedynie fałszywe tropy | youtube.com

Począwszy od 26 stycznia, twarz młodego, przystojnego chłopaka można było prawie codziennie zobaczyć w mediach. Wciąż jednak brakowało informacji. Otrzymywano informacje o rzekomym wypadku Roberta w Tatrach, gdzie miał udać się z dwiema dziewczynami. Ktoś inny twierdził, że odsiaduje w holenderskim więzieniu wyrok za narkotyki. Te tropy były jednak nieprawdopodobne i szybko okazały się nieparawdą. Przypuszczano, że łatwowierny i ufny student, mógł paść ofiarą sekty. Takie informacje podawano również w mediach. Sprawdzono siedziby tego typu miejsc, wypytano okolicznych mieszkańców. Nie przyniosło to jednak efektów. Nikt w tamtych miejscach nie widział studenta. Również żaden ze znajomych ze studiów, jak i duszpasterstwa nie wiedział, gdzie może przebywać chłopak. Śledztwo w sprawie porwania zostało po trzech miesiącach umorzone, ze względu na brak dowodów. Pozostała jedynie kwestia zaginięcia.

“Kamień w wodę”

W mediach sprawa powoli cichła, a przypominały o niej już tylko coraz rzadsze reportaże w mediach. Policja również ograniczyła się do oczekiwania na otrzymanie tropu ze społeczeństwa, przyznawali rodzicom, że nie podejmują już żadnych innych działań, by odnaleźć ich syna. Jednak nie zgłaszał się nikt, kto miałby informacje o miejscu pobytu Roberta. Mijały lata. Mężczyznę można byłoby uznać za zmarłego, do czego z resztą namawiali śledczy. Rodzina podjęła decyzję, iż nie pozwoli na to, póki nie będą wiedzieli, co stało się ze studentem. Szukali wsparcia w Stowarzyszeniu Rodzin Osób Zaginionych. Próbowali wrócić do normalności, jednak nie potrafili, a dodatkowo ciągłe, uporczywe dążenia Lecha do poznania prawdy sprawiły, iż rodzina się rozpadła.

“Między niebem a ziemią”

W 2010 roku zarówno w komunikacji miejskiej, jak i na ulicach można było znów ujrzeć wizerunek zaginionego | robertwojtowicz.pl

O sprawie zaczęło znów być głośno w 2010 roku, czyli 15 lat po zaginięciu. Kraków ponownie oklejono plakatami z podobizną Roberta, oraz mężczyzną chowającym głowę w piasek. Napis głosił, by osoby, które mają jakiekolwiek informacje nie zachowywały się jak ten mężczyzna i zgłosiły się na policję. W autobusach przez tydzień wyświetlano informacje o zaginięciu. Ojciec studenta zamówił także msze w 15 kościołach na piętnastą rocznicę zniknięcia. W internecie pojawiła się strona poświęcona Robertowi, stworzona przez jego rodzinę. Można tam odnaleźć zdjęcia, pamiątki, artykuły prasowe, oraz linki do kanału na YouTube, gdzie umieszczono reportaże dotyczące sprawy, a także nagranie studenta grającecego na gitarze w 1993 roku. Założono specjalne konta na facebooku i naszej klasie. Do strony podłączono forum. Ojciec i brat zaginionego każdego dnia je przeglądali, udostępniali zapiski Robera i liczyli, że uda się znaleźć nowy trop, jakikolwiek ślad, lub choćby przypuszczenie.

Mimo wszystko Lech wiedział, że sprawa jego syna jest właściwie beznadziejna. W wywiadach z tamtego okresu mówi, że nie wie, czy ma obchodzić urodziny syna, czy może 1 listopada. A jeśli to drugie, gdzie zapalić świeczkę? Wolałby najgorszą prawdę od niewiedzy, która nie pozwala mu żyć dalej. Tymczasem poza odświeżeniem, pokój Roberta wciąż na niego czeka i jest pełen rzeczy, które pozostawił w domu 15 lat wcześniej. Każdy ma jakiś dzień- urodziny, dzień matki, ojca, wszystkich świętych. W tym czasie jego dziecko “utknęło między niebem a ziemią”. Starał się więc o ustanowienie Dnia Zaginionych i Poszukiwanych, aby on, jak i inne zrozpaczone osoby, miały dzień, który można obchodzić. Chciał, aby osoby takie, jak Robert pozostały w pamięci społeczeństwa.

Archiwum X

Progresja wiekowa, stworzona przez jednego z najlepszych specjalistów, nie przyniosła przełomu w sprawie | robertwojtowicz.pl

Wydawało się, że sprawa utknęła w martwym punkcie i pozostanie nierozwiązana. Im więcej lat mijało, tym mniejsza była szansa na zgłoszenie się kogoś, kto miałby jakiekolwiek informacje. Nie pomogła nawet grafika progresywna pokazująca, jak prawdopodobnie wyglądałby Robert, ani wizja najbardziej cenionego jasnowidza, Krzysztofa Jackowskiego, który powiedział, że chłopak padł ofiarą zabójstwa na tle seksualnym. Ciało zostało schowane, a pod osłoną nocy wyniesione i pochowane w starym grobowcu. Nadzieje i ponowny rozgłos przynosi dopiero przejęcie śledztwa przez śledczych z sekcji Archiwum X Komendy Miejskiej Policji w Krakowie w 2015 roku. Śledczy po ponownym przeanalizowaniu akt doszli do wniosków, które 20 lat wcześniej nie były nawet brane pod uwagę.

Psycholog przeanalizował zapiski mężczyzny dochodząc do wniosku, że na kilka miesięcy przed zaginięciem, w czasie wakacji, miał zawyżoną samoocenę, wyostrzone myślenie i nadmierny optymizm. Następnie nastąpił spadek koncentracji, problemy z pamięcią i społeczne wycofanie. Po paru miesiącach Robert twierdził, że znów czuje w sobie dużo sił, podejmował wzmożone działania, był bardzo religijny. Jednak mimo zapału do nauki, nie angażował się w ostatni grupowy projekt na zaliczenie zajęć z psychologii społecznej. W dniu zaginięcia nie poszedł także na jedne z zajęć, zostając w tym czasie w domu. Według śledczych, Wójtowicz padł ofiarą morderstwa, a sprawcą musiał być ktoś z jego najbliższego otoczenia. Student wychodził bardzo rzadko. Nie miał także zbyt wielu znajomych, a już na początku uznano, że żaden z nich nie zna chłopaka naprawdę dobrze. Kim więc mogła być osoba z najbliższego otoczenia?

Podejrzenia

Ksiądz K. udzielił krótkiego wywiadu w jednym z licznych artykułów poświęconych Robertowi | robertwojtowicz.pl

Członkowie duszpasterstwa akademickiego zeznali, że student spędzał dużo czasu z młodym księdzem prowadzącym spotkania. Według innych duchownych, ksiądz K. porywał swoimi kazaniami młodych ludzi, którzy w tamtym czasie chętnie angażowali się w społeczności katolickiej. Podczas sylwestra organizowanego u jednej z członkiń, spędził na rozmowie z Robertem cały wieczór. Tym bardziej dziwny wydaje się wywiad dostępny na stronie poświęconej chłopakowi, datowany na 1 marca 1995 roku, więc zaledwie miesiąc po zaginięciu. W krótkiej rozmowie z dziennikarzem Gazety Wyborczej powiedział, że nie zauważył nic dziwnego w zachowaniu chłopaka. Dalej czytamy, iż nie stawiał on drażliwych pytań. Mimo wątpliwości, nie odchodził od wiary katolickiej, a religijnością się nie wyróżniał. Czy to możliwe, aby niewyróżniający się religijnością mężczyzna, spędzał długie godziny na rozmowach z księdzem?

Kiedy rodzina rozpoczęła rozpaczliwe poszukiwania, duszpasterstwo nie podjęło żadnych działań. Ojciec K. tłumaczył, że wysłał jedną z dziewcząt do domu Wójtowiczów, ale okazało się, że sprawą zajmuje się już policja, oraz inni ludzie, którzy wieszają plakaty. Usprawiedliwiając się dodaje, iż prowadził msze w intencje chłopaka. Jednak z akt, których treść częściowo upublicznił Onet można przeczytać o zajściu, które miało miejsce, gdy Helena zamówiła mszę w intencji syna. Ksiądz nie wspomniał o nim podczas jej prowadzenia, a na pytanie pani Wójtowicz, czemu tego nie zrobił, odpowiedział “Była pani na mszy, pomodliła się i to powinno wystarczyć”. Onetowi tłumaczył, iż wynika to najprawdopodobniej z faktu, iż mszę prowadziło kilku księży i nie wiadomo, jak taką mszę zapowiedzieć- za żywego, czy zmarłego?

Kontrowersje

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego w Krakowie to miejsce, które często odwiedzał Robert. To tam odbywały się spotkania duszpasterstwa akademickiego, prowadzone przez księdza K. | krakow.naszemiasto.pl

Początkowo śledztwo prowadzone było w kierunku uprowadzenia przez członków sekty. Kto jednak naprowadził policję na ten trop? Okazuje się, że podczas rozmowy z księdzem K., pięć dni po zaginięciu, opowiadał o sekcie Moona, która zakłada izolację od rodziny. Mówi też, że wcześniej inna dziewczyna została skierowana do sekty przez koleżankę, którą znał także Robert. Onet dotarł do wspomnianej koleżanki, która była członkinią duszpasterstwa. Stanowczo zaprzecza, aby kiedykolwiek była członkinią sekty Moona. Ciekawy wydaje się także fakt, iż tuż po wizycie na plebanii, do śledczych zadzwonił anonimowy mężczyzna mówiąć, że widział zaginionego w samochodzie należącym do członków właśnie tej sekty.

Ksiądz twierdzi, że zaginiony nie udzielał się, a podczas spotkań siedział z tyłu. Nie pamięta żadnej rozmowy, jaką z nim przeprowadził, za to podaje dokładne godziny i adresy domów które odwiedził w dniu zniknięcia Roberta w ramach kolędy. Po tylu latach jest to właściwie niemożliwe do zweryfikowania. Osoby będące w tamtym czasie członkami duszpasterstwa nie chcą rozmawiać z dziennikarzami. Z ich zeznań wynika jednak, iż Wójtowicz był częstym gościem księdza K. w jego pokoju na plebanii, gdzie zadręczał go pytaniami. Jak można było przypuszczać, mężczyzna zaprzeczył tym informacjom. Opowiedział natomiast, że chłopak na niedługo przed zaginięciem opowiadał mu, że zaprosi go na ślub, który bierze z narzeczoną. Nikt z rodziny, ani znajomych nie słyszał nawet o dziewczynie, a co dopiero narzeczonej, czy ślubie.

Kolejne poszlaki

Według zeznań duchownych, K. po zaginięciu Roberta był struty i przygnębiony, aż do momentu przeniesienia, które nastąpiło trzy lata później. Zawsze jednak zmieniał temat, kiedy podczas spotkań duszpasterstwa, ktoś zaczynał mówić o chłopaku. Wyremontował również swój pokoik, chociaż zwykle dochodziło do tego dopiero w czasie, kiedy księża zmieniali parafię.

W czasie, kiedy zaginął Robert, ksiądz J. był studentem Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej | krakow.pl

Kolejnym śladem wskazującym na możliwość udziału księdza K. w zaginięciu, jest fakt wzmożonego nadużywania alkoholu tuż po zaginięciu, w 2010 roku, kiedy za sprawą Lecha Wójtowicza, o zaginięciu znów zrobiło się głośno, oraz w 2015 roku, kiedy sprawę przejęło Archiwum X. Kilka dni po ogłoszeniu w mediach przypuszczeń śledczych, ksiądz zadzwonił do nich pytając, czy to prawda, że są blisko rozwiązania sprawy, a Roberta zabił ktoś bliski. Nie powinien dziwić fakt, że został on pierwszym podejrzanym. W sprawie przesłuchano jednak mnóstwo osób i uznano za prawdopodobne, że nie działał sam. Podejrzanym został również brat K.- J., którego zeznania zostały uznane przez psychologa za niewiarygodne. Zainteresowanie może jednak wzbudzać zwrot, którego użył w zeznaniach. Powiedział “Kiedy się to działo, byłem na Podzamczu”. Na Podzamczu znajdowało się wtedy seminarium, do którego uczęszczał.

Prawdopodobnie nieświadomie zdradził także jeden fakt, kierując po raz kolejny podejrzenia na swojego brata. Mianowicie podczas rozmowy o imprezie karnawałowej, która odbyła się w dzień po zaginięciu powiedział, że wie od K., iż Robert miał zamiar przebrać się za lekarza. Cóż w tym dziwnego? Otóż mimo rozmów z koleżanką, która namawiała go na strój kominiarza, dzień przed zniknięciem poprosił mamę o przyniesienie z pracy białego kitla. Ksiądz natomiast zeznał, że ostatni raz widział chłopaka dwa dni wcześniej. Skąd więc mógł wiedzieć o kitlu?

Wybuch J.

W 1995 roku, ksiądz K. jeździł czerwonym Fiatem 125p | mowad.opole.pl

W rozmowie Onetu z J., dziennikarz dopytuje o zajście z 1997 roku, kiedy podczas wyjazdu z członkami duszpasterstwa, miał opisać Roberta słowami “to ten, który został zabity w parku w Mistrzejowicach”. Mówi, że nie wie, co się stało, ale na ten temat krążyły różne plotki. Dopytywany, kto takie plotki roznosił, wybucha. Krzyczy do dziennikarza “Tak naprawdę zabiliśmy go, owinęliśmy w dywan i przewieźliśmy autem… tramwajem, bo K. nawet nie miał wtedy auta.”. Dziennikarze zwracają uwagę, iż w rzeczywistości jeździł on wtedy czerwonym fiatem 125p. Ksiądz unosi się po raz kolejny, by później powiedzieć, iż jedynie żartował. Kolega braci, również duchowny mówi, że Ksiądz Józef miał w zwyczaju zbyt emocjonalne reakcje. Potwierdza również fakt posiadania samochodu przez K. To właśnie ten znajomy, bywający również w tamtym czasie w Mistrzejowicach, jest trzecim podejrzanym.

Badanie wariografem

Planty Mistrzejowickie to jedno z miejsc, w których mogło zostać ukryte ciało Roberta Wójtowicza. | google.com

Wszyscy trzej księża zostali zbadani wariografem. Udowodniono, iż próbowali zafałszować wynik badania. Według raportu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że K. jest bezpośrednio uwikłany w sprawę zaginięcia studenta Roberta Wójtowicza. O jego śmierci miał wiedzieć jeszcze zanim zgłoszono zaginięcie, a następnie namawiał innych do przekazywania fałszywych informacji rodzinie ofiary. Według tego samego raportu, J. zamieszany jest w zbrodnię, jednak na etapie tuszowania, a nie jej dokonywania. Wskazuje się go jako anonimowego informatora, który rzekomo widział Roberta w samochodzie sekty Moon. Tuż przed badaniem, dzwonił do śledczych pytając, czy jest ono konieczne. Z kolei ich znajomego pytano czy wie, gdzie zostało dokonane zabójstwo. Podczas przedstawiania trzech z jedenastu miejsc, zarejestrowano niezwykle silne zmiany ciśnienia i tętna krwi. Te miejsca to pokój K. na plebanii, na osiedlu Złotego Wieku w Krakowie, tuż obok plebanii, oraz park Mistrzejowicki i jeszcze jedno miejsce przez niego skrywane.

Badania, którym zostali poddani, pozwalają prześledzić najbardziej prawdopodobną wersję wydarzeń z 20 stycznia 1995 roku. Każdy z księży reagował silnie na pytania: “Czy wiesz, kto dokonał zabójstwa”, “Czy Robert został zamordowany w pokoju księdza”; “Czy został uduszony”; “Czy zwłoki zostały owinięte w koc lub dywan”; “Czy ciało zostało wywiezione w samochodzie marki Fiat 125p”. Natomiast ze wzmożonej reakcji na pytania o homoseksualizm, zazdrość o mężczyznę, czy bycie świadkiem kompromitującego zachowania, można domniemywać, jaki był motyw zabójstwa. Według analizy dokonanej dla prokuratora przez psychologa nie jest wykluczone, że chłopak “mógł być w posiadaniu wiedzy, która stanowiła zagrożenie dla zainteresowanych, a to mogło z kolei spowodować konieczność pozbycia się niewygodnego świadka, którym był Robert Wójtowicz”.

Rozwój sprawy

Sprawą zajmuje się obecnie Prokuratura Rejonowa, która wytypowała miejsca, gdzie mogą znajdować się zwłoki. Kościół nie chce ustosunkować się do podejrzeń, jednak wiadomo, iż cała trójka księży stawiła się niedawno w pałacu arcybiskupim.

Po dwudziestu latach opinia publiczna, a także rodzina Roberta, doczekała się wielu odpowiedzi. Jednak to nie koniec sprawy. Badanie wariografem nie może być dowodem w sądzie. Nie postawiono również żadnych zarzutów. Należy zatem mieć nadzieje, że praca śledczych przyniesie efekty i już niedługo media obiegnie informacja o odnalezieniu ciała i skazaniu zabójców, co z całą pewnością przyniesie ulgę udręczonych latami niepewności Wójtowiczów. Według prawa obowiązującego w Polsce, przedawnienie zarzutu morderstwa następuje po 30 latach. Oznacza to, iż do 2025 roku jest jeszcze szansa na poniesienie konsekwencji przez ludzi, którzy przerwali życie dobrego i młodego mężczyzny, którego marzeniem było uczynić świat lepszym.

8 KOMENTARZE

  1. ciekawe czy probowano usunac farbe ze scian pokoju k .i zbadac pomieszczenie luminolem.czy zbadano podloge w piwnicach kamienicy,gdzie bylo to mieszkanie ,czy wytypowano i zbadano stare ,nieczynne grobowce na cmentarzach w krakowie i okolicy,gdzie mogly byc slady ich naruszen,czy zbadano grobowce w kosciele,gdzie k. lub j..pelnili posluge. czy ustalono czy w obiektach w/w kosciolow lub duszpasterstwa nie przeprowadzano w czasie zaginiecia chlopaka jakis prac remntowych zwiazanych z murowaniem czy betonowaniem.sledztwo zostalo schrzanione na samym poczatku,bo wyglada ,ze wowczas dowody byly nietrudne do zdobycia.

  2. Poszukałam trochę w internecie i na wszelkich forach, gdzie pojawia się nazwisko księdza Krzysztofa Litwy (jako podejrzanego itd.) pod spodem pojawia się komentarz niejakiego Józefa Litwy (tak, jakby próbował wpisywać i wyszukiwać w internecie wszelkie komentarze na ten temat). Nakazuje usunięcie komentarzy, grozi pozwem itd. Tak jakby nie chciał, by ktokolwiek nowy dowiedział się czegoś na temat księdza Krzysztofa Litwy i by to na niego skierowano podejrzenia. Ja wiem, że nie było wyroku, ale domniemywać, a tym bardziej badać sprawę przecież można, a pytanie, czy to nie jest utrudnianie sprawy i co jeszcze zostało zatajone.

    Odnalazłam, że Józef Litwa to również ksiądz, który wyświęcił się 3 lata później niż Krzysztof Litwa. Nie wiadomo, czy to jego brat, ktoś z rodziny, czy zbieg okoliczności. Natomiast ciekawe jest, że ksiądz Krzysztof Litwa obecnie jest wikariuszem w Parafii w Tokarni. A właśnie Józef Litwa był w latach 1998 do 2005r pracował w parafii pod wezwaniem Matki Bożej Śnieżnej właśnie w Tokarni. Bardzo dziwny zbieg okoliczności, że spokrewnieni? księża (gdzie jeden ewidentnie broni drugiego) byli akurat w tej samej parafii, gdzie ksiądz Krzysztof Litwa został wysłany dużo później (by być jak najdalej od Krk i by sprawa ucichła?) przecież dużo jest parafii w Krk.. Nie jest chyba przypadkowe wybranie akurat takiej parafii, gdzie inni księża i parafianie znali wcześniej jego brata (lub kogoś z rodziny). Profil księdza Józefa Litwina //www.youtube.com/channel/UCnG2O8wfLyjpJ5fI3dRWHVQ (dziwne rzeczy subskrybuje)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here