Zamachowiec Borys Kowerda | #96 KRYMINATORIUM

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Prolog, czyli rzeź Romanowów

17 lipca 1918 roku w Jekaterynburgu carski lekarz obudził cara Mikołaja II, jego żonę Aleksandrę oraz pięcioro ich dzieci. Wszyscy oni zostali poinformowani o czekającej ich natychmiastowej ewakuacji w bezpieczniejsze miejsce. Powodem tego pośpiechu miały być wywołane w mieście zamieszki.

Gdy władze w Rosji przejęli bolszewicy, carska rodzina Romanowów przetrzymywana była przez nich w zamknięciu. Jeśli ktokolwiek miał nadzieję na poprawę swojego losu, to rozwiał ją Jakow Jurowski, który odczytał carowi rozkaz o rozstrzelaniu całej rodziny. Kilka sekund później rozpoczęła się rzeź, której nikt nie zdołał przeżyć.

Tamtej tragicznej nocy zakończyła się trwająca 300 lat dynastia Romanowów. Po śmierci Mikołaja II i jego rodziny nastały w Rosji mroczne lata, w których swoje krwawe rządy „czerwonego terroru” zaprowadzili bolszewicy.

Jednym z nich był Piotr Wojkow, który przez kolejne lata z dumą opowiadał dookoła, że brał udział nie tylko w planowaniu egzekucji cara, ale i w jej przeprowadzeniu.

Dynastia Romanowów
Rzeź Romanowów zagłuszyć miały pracujące nieopodal silniki ciężarówek| fot. orf.at

Kule zemsty

Piotr Wojkow 7 czerwca 1927 roku przybył na warszawski Dworzec Główny, aby spotkać się z Arkadiuszem Rosenholcem. Pięć minut przed godziną dziesiątą, obaj posłowie udali się na peron dworca. Pociąg do Moskwy już czekał.

Wojkow nigdy do niego nie wsiadł. Został zastrzelony przez Borysa Kowerdę. Zamachowiec jednak nie zaczął nawet uciekać. Dobrowolnie oddał się w ręce policji. Do wiadomości publicznej podano informację, że kierował nim motyw polityczny – zemsta za ofiary bolszewickiego terroru.

Zerwane negocjacje

Pjotr-Vojkov
Wojkow z dumą opowiadał o przeprowadzeniu egzekucji cara | fot. timenote.info

Sowieci nie chcieli uwierzyć, że zamachowiec działał sam. Rząd sowiecki oskarżył Polskę o haniebne zaniedbania w kwestii zapewnienia bezpieczeństwa zagranicznym posłom.

Strona polska, próbując załagodzić dyplomatyczny konflikt, zdecydowała się wydalić z kraju sześciu przedstawicieli antysowieckiej emigracji. Dla Sowietów było to jednak za mało.

Zawieszone zostały, rozpoczęte rok wcześniej negocjacje, związane z zawarciem polsko-sowieckiego paktu o nieagresji.

„Nie człowiek, ale komunista”

Niespełna 20-letni Borys Kowerda był rosyjskim działaczem antykomunistycznym, pochodzenia białoruskiego. W jego żyłach płynęła też domieszka polskiej krwi.

Od początku twierdził, że chciał walczyć z bolszewizmem, ale odmówiono mu wizy do Rosji, więc zdecydował się zabić Wojkowa jako przedstawiciela „bolszewickiej bandy”.

Akt oskarżenia przeciwko niemu wpłynął do Sądu Okręgowego w Warszawie już cztery dni po aresztowaniu. Skąd ten młody człowiek wiedział o tym, że Wojkow pojawi się na dworcu określonego dnia, skoro stanowiło to pilnie strzeżoną informację, o której nie wiedział prawie nikt?

Rozkaz: zabić Wojkowa!

Sąd podczas procesu ustalił, że Kowerda nie miał żadnych związków z jakąkolwiek organizacją antysowiecką i zamachu dokonał samotnie.

Jeśli jednak Kowerda nie działał sam i znał zleceniodawców zamachu, to podczas procesu o tym milczał. Było to wygodne dla strony polskiej, która za wszelką cenę starała się nie zaostrzać i tak coraz bardziej już napiętych stosunków z Sowietami.

Świecki męczennik

Po trwającym zaledwie cztery dni procesie sąd uznał Borysa Kowerdę za winnegoo morderstwa rosyjskiego posła i skazał go na dożywotnie pozbawienie wolności w ciężkim więzieniu. Jednocześnie, ze względu na młody wiek oskarżonego, wyrok zmniejszono do lat piętnastu. W roku 1937, po odbyciu dziesięciu lat kary, Kowerda wyszedł na wolność.

W Polsce o zamachu na rosyjskiego posła szybko zapomniano. Tymczasem w Związku Radzieckim Piotr Wojkow natychmiast został uznany za „świeckiego męczennika”. Dla komunistów stał się bohaterem sowieckiej dyplomacji, który poległ na służbie za rewolucję.

Borys Kowerda
Nienawiść Kowerdy do bolszewików została wykorzystana przez antysowiecką opozycję| fot. media.pravoslavie.ru

Moskwa wie wszystko

Wszystko wskazuje jednak na to, że Kowerda nie był samotnym inspiratorem zabójstwa Wojkowa. Rodzi się więc pytanie, kto tak naprawdę stał za zamachem na rosyjskiego posła?

Więcej światła na tę zagadkę rzucić mogą pamiętniki Grigorija Biesiedowskiego – byłego sowieckiego dyplomaty, który przez trzy lata był bliskim współpracownikiem Wojkowa w Warszawie. I mówiąc delikatnie, nie darzył go zbytnią sympatią.

Kłopotliwy towarzysz

Przez ostatni rok swojego życia Piotr Wojkow stał się niewygodny już nie tylko dla polskich władz i rosyjskich kręgów antykomunistycznych. Sprawiał też sporo kłopotów swoim partyjnym towarzyszom. Każdej ze stron zaczęło zależeć na tym, aby się go pozbyć, a winę za jego zniknięcie zwalić na politycznych przeciwników.

Historyk Sławomir Dębski na potwierdzenie tej tezy przedstawił ściśle tajny raport z listopada 1926 roku, jaki na ręce Naczelnika Wydziału Wschodniego MSZ złożył Stefan Litauer, polski dziennikarz i radca prasowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Jeszcze wiele do odkrycia

Stefan Litauer sam prawdopodobnie był tajnym współpracownikiem sowieckiego wywiadu. Wiedział więc doskonale, do czego zdolny jest rosyjski Główny Zarząd Wywiadowczy.

Wojkow
Trumna ze zwłokami Piotra Wojkowa | fot. NAC

Dokument ten wskazuje, że kilka miesięcy po tym, jak stryj cara Mikołaja II wydał rozkaz dokonania zamachu na Wojkowa, sowiecki wywiad wojskowy próbował sprawdzić nieoficjalnym kanałem, jak na nagły brak Wojkowa może zareagować strona polska.

Wiele jest jeszcze do odkrycia w tej pełnej zagadek historii. Część z nich próbuje rozwiązać Marek Krajewski w swojej najnowszej powieści zatytułowanej „Pomocnik kata”, która nawiązując do zamachu na Piotra Wojkowa.

O tym, co jeszcze na pewno wiadomo w sprawie zamachu na Piotra Wojkowa, usłyszycie w najnowszym, #96 odcinku Kryminatorium.

Słuchaj podcastów na: