Sklepikarka ze Lwowa | 228. KRYMINATORIUM

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Tajemnicze zabójstwo żydowskiej sklepikarki w roku 1924 postawiło na nogi całą lwowską policję. Ofiara nigdy nie cieszyła się sympatią swoich klientów, więc założono, że sprawcą mógł być praktycznie każdy. Śledczy stanęli przed trudnym zadaniem, ale nieoczekiwanie z pomocą przyszła im nastoletnia miłośniczka kryminalnych historii opisywanych w miejscowej prasie. Wkrótce ogłoszono wielki sukces. I wtedy okazało się, że w nic w tej sprawie nie było takie, jakim się na początku wydawało…

 

Sklepikarka ze Lwowa – Ruchla Lempert

W pierwsze połowie lat 20. ubiegłego wieku, żydowska sklepikarka Ruchla Lempert nie cieszyła się zbyt wielką sympatią mieszkańców ulicy Panieńskiej we Lwowie, na której miała swój sklep. I trzeba sobie szczerze przyznać – 42-letnia Róża – bo takiego imienia używała na co dzień – od wielu lat solidnie pracowała na tak nieprzychylną jej reputację. Ludzi miała za nic. A swoją niechęć demonstrowała w zasadzie po równo – zarówno w stosunku do miejscowej biedoty, jak i do przedstawicieli tak zwanych wyższych sfer. 

Z nikim nie utrzymywała prywatnego kontaktu. Stroniła od sąsiadów. Gdy ktoś próbował zagadać – wymawiała się brakiem czasu. A kiedy jakiś biedny klient prosił o możliwość zapłaty w późniejszym terminie – od razu wyrzucała ze swojego sklepu, pokazując palcem drzwi. Do tego była ona skąpa, złośliwa i niegrzeczna.

Ludzie nie pozostawali jej dłużni, bezlitośnie ją obgadując przy każdej możliwej okazji. Oczywiście tak, aby przypadkiem Lempertowa niczego złego na swój temat nie usłyszała. Szeptem powtarzano najróżniejsze plotki na jej temat. Z czasem opowieści o chytrej sklepikarce pojawiło się tak wiele, że nawet najstarsi mieszkańcy ulicy Panieńskiej nie potrafili już odróżnić prawdziwych historii od tych złośliwie wymyślonych. Śmiano się przy tym z jej staropanieństwa, nazywając nielubianą kobietę „starą dziewicą”.

Sklep

Choć trudno było w ówczesnym Lwowie znaleźć osobę, która miałaby o Lempertowej dobre zdanie – lub przynajmniej w miarę neutralne – do jej sklepu każdego dnia ustawiały się długie kolejki. I trudno się temu dziwić, ponieważ w usytuowanym w jej własnej kamienicy pod numerem 16 sklepiku kupić można było dosłownie wszystko. Ktoś potrzebował nabiału, pieczywa lub przypraw? Przychodził do Lempertowej. Warzywa, owoce, słodycze? Do Lempertowej. Papier, przybory do pisania? A może piwo lub papierosy? Oczywiście do Lempertowej.

Sklep Róży otwarty był od godziny siódmej rano do siódmej wieczorem. Oficjalnie, bo przyjść na zakupy można było praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Tak w dni robocze, jak i we wszystkie święta. Oczywiście jeśli się miało wystarczającą sumę pieniędzy, bo – co było powszechnie znane – sklepikarka nigdy nikomu nie dawała nic na kredyt. Wystarczyło wówczas zapukać do okna przysklepowego pokoiku, w którym spała. Wtedy wpuszczała klienta tylnym wejściem, od podwórza. Dlaczego Lempertowa nie robiła sobie wolnego od handlu? Zdania na ten temat były wśród jej klientów podzielone.

– Jedni mówili, że sklepikarka pomimo wysokich obrotów ledwo wiązała koniec z końcem, bo popadła kiedyś w ogromne długi, które wciąż spłacała. To dlatego wciąż chodziła w starych, pocerowanych i niemodnych już ubraniach, a uśmiech nigdy nie gościł na jej twarzy. Inni twierdzili jednak, że Róża jedynie pozowała na biedną. I to tylko jej wrodzona chytrość powstrzymywała ją od wydawania na siebie więcej niż to było konieczne. – relacjonuje policjant

Każdy zarobiony grosz miała odkładać na kupkę, a nocami, gdy była sama i nie mogła zasnąć – podekscytowana przeliczała zgromadzone pieniądze. Być może prawda – jak to najczęściej bywa – leżała gdzieś po środku.

 

14 kwietnia 1924r. 

W poniedziałek – na niespełna tydzień przed Wielkanocą – pod kamienicą Lempertowej kolejka klientów zaczęła się ustawiać jeszcze przed otwarciem jej bramy przez dozorczynię. Gdy ta w końcu spełniła swój obowiązek – zniecierpliwieni klienci natrafili na rugą zaporę. Główne wejście do sklepu nadal było zamknięte, co o tej porze zazwyczaj się nie zdarzało. Pierwsza myśl, jaka pojawiła się na ustach ludzi tłumaczyła opóźnienie tym, że Róża nadal odsypiała jeszcze pracowitą noc. Jednak wraz z upływem kolejnych kwadransów zagadka wciąż zamkniętego sklepu rosła.

Czyżby właścicielka poważnie się rozchorowała? Przecież nie było tajemnicą, że kobieta nie cieszyła się dobrym zdrowiem i często skarżyła się na najróżniejsze dolegliwości. A może zdarzył się jakiś wypadek podczas porannego rozkładania towaru i Lempertową przygniotła jakaś spadająca skrzynia lub regał? A co, jeśli doznała zawału lub straciła przytomność z przemęczenia i osłabienia? Rodziły się kolejne wyjaśnienia, w trakcie których ludzi przed jej sklepem wciąż przybywało. Czy były one prawdziwe czy nie – nie miało to żadnego znaczenia, bo drzwi wciąż nie zostały otwarte przez sklepikarkę.

Ale czy były ona zamknięte na klucz? A może tylko wyjątkowo zimny poranek sprawił, że tym razem Róża zmieniła swoją rutynę i pozostawiła nie otwierać ich na oścież, jak to miała codziennie w zwyczaju. Co było dla klientów jasnym znakiem, że dopiero teraz mogą już wejść do środka. Gdy ktoś zrobił to wcześniej – musiał się liczyć z ostrą i najczęściej niegrzeczną reakcją nerwowej sklepikarki. Zwykle więc klienci grzecznie czekali, aż Lempertowa sama ich do siebie zaprosi. Jednak takie nieoczekiwane opóźnienie sprawiło, że jeden z mężczyzn znalazł w sobie dość odwagi, aby szarpnąć za klamkę. I nieoczekiwanie, pod naciskiem jego dłoni, drzwi się otworzyły.

 

 

Oględziny

Ze sklepu nie dobiegał żaden odgłos. Powoli wszedł do środka, a zanim kilka kobiet. Jednak zamiast spodziewanych wyzwisk i oskarżeń o niecierpliwość, spotkała ich tylko głucha cisza. Był to znak, że Lempertowej ewidentnie musiało się przydarzyć coś złego. O tym, że mieli rację – wszyscy przekonali się już po kilkunastu sekundach, o czym w swojej książce „Jak zabijać, to tylko we Lwowie” wspomniał Mariusz Gadomski.

„Sklepikarka leżała nieruchomo na podłodze, tuż obok sklepowej lady. Górna część jej ciała była przykryta rozerwanym workiem ziemniaków. Natychmiast go podniesiono, aby sprawdzić, czy kobieta żyje. Wtedy na jej twarzy zauważono krew, a na szyi siniaki układające się w ślady palców dłoni. Nie reagowała na wołania oraz szturchnięcia. Ewidentnie była martwa”

Na miejsce od razu wezwano policję. Najpierw przybyli dwaj ubrani po cywilnemu wywiadowcy Kwadrans później do sklepu wszedł komisarz Franciszek Batorski z Pierwszego Komisariatu. Razem z nim zjawił się lekarz dzielnicowy, który stwierdził zgon sklepikarki, a następnie bez zbędnej zwłoki przystąpił do pierwszych badań pośmiertnych. Jego diagnoza nie pozostawiał złudzeń. Róża Lempertowa została uduszona gołymi rękami. Zanim zmarła – stoczyła ze sprawcą przegraną walkę o życie. A więc było to morderstwo. I to popełnione co najmniej kilka godzin wcześniej. W późny niedzielny wieczór, prawdopodobnie pomiędzy godziną 22:00 a 23:00. Oględziny sklepu szybko zdefiniowały jego rodzaj – zabójstwo na tle rabunkowym. Wszystkie szafki sklepowe były pootwierane a ich zawartość splądrowana

 

Chciały zobaczyć trupa

Gdy wszystkie policyjne czynności na miejscu zbrodni dobiegały tego dnia do końca – jeden z wywiadowców przyprowadził do komisarza Batorskiego dwie nastolatki – Irenę i Stefanię. Twierdził, że nie dawały mu pracować, nieustannie prosząc go o możliwość… zobaczenia trupa! Tę dość nietypową – jak na młode kobiety – prośbę motywowały tym, że bardzo interesują się kryminalnymi sprawami, o których do tej pory jedynie czytały w gazetach. A teraz chciałyby w końcu zobaczyć prawdziwą ofiarę morderstwa na własne oczy.

Nie wiedząc, co ma zrobić z natrętnymi dziewczynami, wywiadowca postanowił poprosić o pomoc komisarza. Ten też za bardzo nie wiedział, więc postraszył ciekawskie nastolatki aresztem za utrudnianie śledztwa i kazał im wracać do domu. Wtedy jedna dziewczyn, 16-letnia Stefania Sochańska, odciągnęła go na stronę i zaoferowała swoją pomoc w… schwytaniu zabójcy!

Twierdziła, że chyba wie, kto zabił. Poproszona o przedstawienie jakichś konkretnych szczegółów – odpowiedziała, że poprzedniego wieczoru, dokładnie 5 minut przed 22:00 wyszła ze sklepu Lempertowej, tuż po tym jak kupiła papierosy. Wychodząc z kamienicy, zobaczyła tajemniczego mężczyznę. Człowiek ten minął ją i poszedł w stronę podwórza. Zapewne w kierunku tylnego wejścia do sklepu, bo jej zdaniem z pewnością nie był on mieszkańcem budynku przy ulicy Panieńskiej 16.  Czy do niego wszedł – tego nie widziała, bo śpieszyła się do domu, zanim dozorca zamknie przed nią bramę. Zapytana czy rozpoznałaby tego człowieka na pokazanych jej zdjęciach – potwierdziła. Dobrze się mu przyjrzała, bo od razu wydał się jej „podejrzanym typem”.

Przestępcą tym okazał się niejaki Karol Sadzenica. Bezrobotny złodziej-włamywacz, wielokrotnie notowany za drobne kradzieże. Ale czy faktycznie to właśnie jego widziała poprzedniego wieczoru pomocna fanka przedwojennych historii z nienazwanego jeszcze wówczas gatunku „true crime”? Jego celem były wyłącznie prywatne domy, a nie sklepy. W dodatku, przez ostatni rok policjanci ani razu go nie zgarnęli a słuch o nim we Lwowie zaginął. Więc albo już nie żył, albo przestał kraść. Policjanci postanowili to sprawdzić. 

 

Szybko okazało się, że Sadzenica nie tylko żył, ale miał się dobrze. Choć twierdził, że nie tylko się ustatkował, ale też zerwał ze złodziejskim fachem – policjanci mu nie uwierzyli. Złodziej to złodziej, a z doświadczenia wiedzieli, że nie tak łatwo było takim recydywistom porzucić swoje przestępcze życie. 

 

Odcinek 228. jest już dostępny na Spotify i w innych aplikacjach podcastowych

Słuchaj podcastów na: