Piroska i studnia obok domu | 207. SERYJNI

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

W połowie lat 50. ubiegłego wieku doszło na Węgrzech do tajemniczego zaginięcia pięciu nastolatek. Prowadzone śledztwo od samego początku utrudnione było z powodu skomplikowanej sytuacji politycznej kraju. Na specjalne polecenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych akta tej sprawy zostały utajnione na blisko 60 lat ponieważ obawiano się, że może ona zaszkodzić panującemu na Węgrzech totalitarnemu reżimowi komunistycznemu.

 

Zaginęła w drodze po zakupy

13 października 1953 roku 11-letnia Marika – jak każdego dnia – pasła krowy na przydomowym pastwisku. Cała jej rodzina żyła w biedzie, więc dziewczyna – podobnie jak jej rodzeństwo – zamiast chodzić do szkoły, pomagała w utrzymaniu gospodarstwa. Około południa matka wysłała Marikę na targ. Miała kupić ziemniaki na obiad. Gdy po kilku godzinach 11-latka wciąż nie pojawiła się w domu – rodzina zaczęła jej szukać. Na próżno.

Wieczorem powiadomiono miejscową policję. Funkcjonariusze od razu zabrali się do pracy. Przepytali sąsiadów i koleżanki zaginionej. Pierwsze relacje były ze sobą zgodne. Tuż przed godziną pierwszą Marika była widziana w towarzystwie dużo starszej od siebie koleżanki. Obie szły w kierunku farmy, na której stacjonowali radzieccy żołnierze – wciąż obecni na Węgrzech od czasu zakończenia drugiej wojny. 

Świadkowie nie znali nawet imienia tej dziewczyny, a opisy jej wyglądu były zbyt ogólne. Nie udało się więc ustalić jej personaliów. Funkcjonariusze postanowili odwiedzić radziecki garnizon i zapytać czy w pobliżu nie kręciły się podejrzane nastolatki. Do policjantów wyszedł sam komendant i spokojnych tonem oznajmił, że nic nie wie, nic nie widział i nie może pomóc

 

Odcinek 207. to historia z Węgier. Archiwum w Törökszentmiklós skrywało mroczne tajemnice. Tibor Legát z czasopisma „Magyar Narancs” w serii swoich późniejszych reportaży nazwał opisywane tam wydarzenia jako najczarniejszą kartą w historii węgierskiej kryminologii.

Wspólna tajemnica

Następnego dnia pojawił się nowy świadek. 13-letnia Maria potwierdziła, że widziała dwie dziewczyny – młodszą i starszą – w pobliżu radzieckiego garnizonu. Znała Marikę, więc zapytała ją, dokąd idzie. W odpowiedzi usłyszała, że porozmawiać z Rosjanami. Maria – pomimo swojego młodego wieku – dobrze już wiedziała w jakim celu miejscowe dziewczyny odwiedzały to miejsce. 

 

– Dla nikogo nie było tajemnicą, że żołnierze Armii Czerwonej słynęli ze swojego zamiłowania do miejscowych kobiet. Wykorzystując ich trudną sytuację życiową – niekiedy oferowali jedzenie za kilka wspólnie spędzonych z nimi chwil. Zmuszone przez biedę kobiety często godziły się na taki układ. Choć nikt w mieście o tym głośno nie mówił – wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że tak się właśnie działo.

 

Zaskoczona Maria zapytała Marikę, czego ona chce on Rosjan. Zwróciła jej przy tym uwagę, że jest ona przecież jeszcze za młoda, aby odwiedzać żołnierzy. 11-latka na te słowa wzruszyła tylko ramionami i ponaglana przez swoją dużo starszą towarzyszkę poszła dalej. Gdy Maria widziała je po raz ostatni – jeden z żołnierzy wpuszczał obie dziewczyny przez bramę na teren garnizonu.

Policjanci po usłyszeniu tej relacji zaczęli się zastanawiać, dlaczego poprzedniego dnia komendant ich okłamał. Czyżby nie wiedział o tej wizycie? A może po prostu nie chciał o niej nic wiedzieć? Wielu świadków widziało zaginioną jak szła w kierunku farmy, ale żaden nie widział, że z niej wracała. Nawet jeśli w głowie funkcjonariuszy pojawiły się jakieś czarne myśli, to nikomu o swoich obawach nie powiedzieli. Nic nie zapisali w policyjnym raporcie. I to z prostego powodu – nie mogli.

 

 

W mieście znikają nastolatki

Choć oficjalnie uznano, że 11-latka została najprawdopodobniej porwana – kilka tygodni później całe śledztwo zostało zamknięte z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa. W połowie następnego roku zniknęła kolejna nastolatka. Tym razem byłą 13-letnia Piroska. Wkrótce okazało się, że nie była ona ostatnią zaginioną osobą w Törökszentmiklós. Na początku sierpnia jej los podzieliła 17-letnia Irena. 11 sierpnia przepadła bez wieści 12-letnia Marika. Trzy dni później ze sklepu nie wróciła do domu jej rówieśniczka o imieniu Katoka. Tego tragicznego lata 1954 roku na mieszkańców miasteczka padł blady strach. 

Przerażeni byli zwłaszcza rodzice nastoletnich dziewczyn. Prze każdym wyjściem z domu swoich córek upominali je, aby nie rozmawiały z nieznajomymi. Zabraniali przyjmować jakichkolwiek poczęstunków od nieznanych im osób. Zabraniali też wychodzenia z domu po zmroku – choć późna pora nie miała akurat jakiegokolwiek znaczenia, ponieważ do wszystkich zaginięć dochodziło w środku dnia. 

Wszystkimi zaginięciami początkowo zajmowali się miejscowi policjanci. Jednak po tym, jak nie byli oni w stanie trafić na jakikolwiek trop, spadła na nich ostra krytyka ze strony oburzonych mieszkańców. Ludzie coraz głośniej domagali się wyników. Społeczne niezadowolenie było tak wielkie, że wkrótce śledztwo zostało przejęte przez Komendę Powiatową Policji z pobliskiego miasta Szolnok.

 

Żołnierze w gronie podejrzanych

Powołano specjalną grupę dochodzeniową, ale i ona nie odnotowała żadnych wyników. Wszystko wskazywało na to, że poszukiwane nastolatki po prostu rozpłynęły się w powietrzu. O ile przy pierwszym zaginięciu znaleźli się świadkowie – przy kolejnych już nikt nic nie wiedział i nie słyszał. Śledztwo szybko stanęło w martwym punkcie. Policjanci nie potrafili wskazać żadnych podejrzanych. Zwykli ludzie nie mieli już takiego problemu. Ich zdaniem dziewczynki zostały porwane przez radzieckich żołnierzy.

Tymczasem podejrzliwość miejscowej ludności zaczęła się udzielać policjantom. Wielu z nich też miało córki i z pewnością nie chcieli, aby ich pociechy spotkał ten sam tragiczny los. Jednak jakiekolwiek próby przesłuchania radzieckich żołnierzy natychmiast kończyły się niepowodzeniem. Węgierskie władze z całą stanowczością zabraniały nie tylko oskarżania o cokolwiek przedstawicieli Sowietów, ale również umieszczania w policyjnych raportach jakichkolwiek informacji o podejrzeniach w stosunku do nich. A tych było coraz więcej.

Jedna 12-latka zeznała, że trzech żołnierzy próbowało namówić ją do pójścia z nimi. Gdy odmówiła i zaczęła uciekać – poszczuli ją psem. Tylko umiejętność szybkiego wspinania się po drzewach uchroniła dziewczynkę przed pogryzieniem. 11-latka opowiedziała, jak Rosjanie zaproponowali jej cukierki za kilka pocałunków. Jej rówieśnica została zaczepiona przez dwóch pijanych żołnierzy, gdy szła do babci. Napastnicy obiecali jej worek ziemniaków za wspólny spacer. Gdy zaczęła uciekać – gonili ją, ale nadmiar alkoholu sprawił, że nie zdołali jej dogonić.

 

Panika i obłęd

Podobne relacje policja od razu definiowała jako niewiarygodne. Tłumaczyli, że żaden ze świadków nie widział sytuacji, o których mówiły nastolatki. Wkrótce oskarżenia pod adresem „przyjaciół ze Wschodu” nagle ucichły. Wtedy podejrzenia zaczęły padać na wszystkich innych. A policja za wszelką cenę starała się znaleźć winnych. Rozpoczęła się wielka obława. Zatrzymywano wędrujących po okolicy Cyganów. Przesłuchiwano przejeżdżających przez miasto kierowców państwowych ciężarówek.

„Raz zatrzymano przejeżdżającego przez pole kukurydzy motocyklistę wiozącego małą dziewczynkę. Choć mężczyzna tłumaczył, że wiezie własną córkę – i tak trafił do aresztu. W trakcie przesłuchania – po odmowie przyznania się do porwań – został pobity przez funkcjonariuszy. Wypuszczono go dopiero następnego dnia, kiedy okazało się, że od początku mówił prawdę”

Pojawiły się również doniesienia, że za zniknięciem nastolatek stoją miejscowi Żydzi, którzy mieli potrzebować krwi dzieci do swoich rytuałów. Oskarżenia padły także na dyrektora miejskiego zakładu pogrzebowego. Tylko szybka interwencja funkcjonariuszy uchroniła mężczyznę od linczu dokonanego na nim przez rozwścieczony tłum.

W ostatnich dniach sierpnia przed komisariatem policji w Szolnok zebrał się ponad tysięczny tłum. Ludzie domagali się szybkiego odnalezienia porwanych dziewczynek i ukarania winnych. Policjanci znaleźli się w ogromnym ogniu krytyki. Władze obawiały się, że wzburzone społeczeństwo zacznie dokonywać samosądów na żołnierzach radzieckich, których nigdy tak naprawdę nie przestano podejrzewać.

 

Taki obrót sprawy mógł zagrozić bezpieczeństwu całego kraju i na pewną skończyłby się zbrojną interwencją Związku Radzieckiego. Śledczy potrzebowali więc natychmiastowego sukcesu. Kilka dni później nieoczekiwanie uśmiechnęło się do nich szczęście… Co się wydarzyło? Posłuchaj w 207. odcinku KRYMINATORIUM

Słuchaj podcastów na: