NAJMRO – polski król złodziei i mistrz ucieczek | #166 KRYMINATORIUM

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Zdzisław Najmrodzki, znany też jako „Saszłyk”, był najsłynniejszym przestępcą w PRL-u. Już za życia stał się legendą kryminalnego półświatka. Nazywano go „królem złodziei” i „mistrzem ucieczek”.

Na te dwa przydomki zasłużył sobie jak nikt inny. Nie było rzeczy, której nie był w stanie ukraść, a polskim organom ścigania uciekał aż 29 razy.

NAJMRODZKI, CZYLI GANGSTER NUMER 1

Lektor Paweł: Człowiek nie rodzi się zły. Człowiek staje się zły przez innych. Gdyby nie oni, byłbym pewnie poczciwcem żyjącym z inną kobietą – ani głupszą, ani mądrzejszą ode mnie. Miałbym dzieci i na swój własny sposób byłbym szczęśliwy.

Marcin Myszka: Takimi słowami Zdzisław Najmrodzki zakończył opis swojego życia w wywiadzie, jakiego w roku 1991 udzielił dziennikarzowi tygodnika „Przekrój”. Opowiadał o sobie siedząc w celi więzienia w Strzelcach Opolskich. Był on już wtedy legendą polskiego świata przestępczego PRL-u. Nazywano go „królem złodziei”, bo nie było rzeczy, której Najmrodzki nie byłby w stanie ukraść. Specjalizował się w kradzieżach samochodów, głównie jego ulubionych Polonezów. Miał on też inną ksywkę, z której był naprawdę dumny – „mistrz ucieczek”. I w pełni na to określenie zasłużył.

Podczas swojej kryminalnej kariery z niezwykłą skutecznością wymykał się milicyjnym obławom, pościgom i konwojom. Gdy trafiał za kratki, nie było w Polsce więzienia, które mogłoby go zatrzymać. Choć był najpilniej strzeżonym więźniem – potrafił zniknąć z więzienia w biały dzień. I to na oczach pilnujących go strażników.

Jedna z jego brawurowych ucieczek – ta z aresztu śledczego w Gliwicach – przeszła nawet do legendy. Stróżom prawa uciekł łącznie aż 29 razy. Tak oficjalnie. Bo była jeszcze jedna ucieczka, o której nikt nie wiedział. Ta pierwsza, o której po latach opowiedział dopiero sam Najmrodzki.

Zdzisław Najmrodzki w celi przez swoim ostatnim procesem. Jego twarz znała już wtedy cała Polska | Fot. Wikipedia

Pod koniec lat osiemdziesiątych stał się najbardziej poszukiwanym polskim przestępcą. Dla funkcjonariuszy milicji obywatelskiej był gangsterem numer 1, ale sporej części polskiego społeczeństwa jawił się niemal jako ludowy bohater. Coś na wzór legendarnego Janosika, który zabierał bogatym i rozdawał biednym.

Choć w tym stwierdzeniu niewiele było prawdy, sam Najmrodzki uwierzył we własną legendę. Winy za popełnione przez siebie przestępstwa szukał w innych osobach. W sobie jej nie widział. Podczas swojej ostatniej odsiadki – już w wolnej Polsce – głośno mówił, że się zmienił. Był wzorowym więźniem. Pisał nawet wiersze. I z głębokim przekonaniem twierdził, że przestępcą to on może i był, ale w PRL-u. Że był to jego protest wobec znienawidzonego systemu. Że teraz w demokratycznym kraju będzie już uczciwym obywatelem.

Jednak, gdy otrzymał od losu szansę na udowodnienie prawdziwości tych słów – nie dotrzymał swojej obietnicy. Skończył tak, jak żył – łamiąc prawo. Zabierając przy tym ze sobą do grobu niewinne ofiary.

Kim tak naprawdę był Zdzisław Najmrodzki – człowiek, który przez wiele lat spędzał sen z powiek polskich organów ścigania? Czy rzeczywiście zasłużył na legendę, jaką po sobie pozostawił? Aby zrozumieć fenomen polskiego „króla złodziei” i „mistrza ucieczek” w jednej osobie – musimy się cofnąć w czasie. Najlepiej aż do samych początków słynnego „Saszłyka” – bo i taki przydomek ciągnął się za nim przez całą jego przestępczą karierę.

“SASZŁYK” CZY “SZASZŁYK”?

Lektor Mikołaj: Kto pod koniec lat sześćdziesiątych mógł pomyśleć, że ten świetnie wysportowany młodzieniec będzie najgłośniejszym i najbardziej poszukiwanym polskim przestępcą. I zamiast imienia Zdzisław przylgną do niego pseudonimy „Śmieciarz”, wśród najbliższych „Zdzicho”, a tak w ogóle to „Saszłyk”.

Marcin Myszka: Zatrzymajmy się na chwilę przy tym słynnym „Saszłyku”. Tego przydomku Najmrodzki bardzo nie lubił. Denerwował się za każdym razem, gdy ktoś go tak nazywał. Skąd się wzięło to określenie, pochodzące od nazwy potrawy – z resztą wypowiadane błędnie: „Saszłyk” zamiast „Szaszłyk”? Tak wymawiał ten wyraz sam Najmrodzki. Mówił o nim często, ponieważ była to jego ulubiona potrawa. Mógł godzinami opowiadać o sposobach jej przyrządzania, a zwłaszcza o jej spożywaniu.

Ale dlaczego wymawiał tę nazwę nieprawidłowo? Tu wersji jest kilka. Najbardziej popularna jest ta mówiąca, że spowodowane to było jego wadą wymowy, której nabawił się w dzieciństwie. Nie do końca jest to jednak prawdą.

Jego wypowiedzi prezentowane w magazynie kryminalnym „997” nie wskazują, aby Najmrodzki miał aż tak poważne problemy z wymową. Co prawda lekko „seplenił”, ale jednak nie na tyle, aby nie potrafił wypowiedzieć głoski „sz”. No i czemu miałby zniekształcić tylko pierwsze „sz” w słowie „szaszłyk”? Dlaczego nie mówił po prostu „sasłyk”? Prawdopodobnie Najmrodzki najzwyczajniej nie wiedział, że popełnia błąd w wymowie. I za nic w świecie nie mógł zapamiętać tej poprawnej nazwy.

Słynny przestępca przyszedł na świat we wsi Czermno w ówczesnym województwie piotrkowskim | Fot. GoogleMaps

Zdzicho – jak mówili do niego bliscy znajomi – urodził się 20 sierpnia 1954 roku w małej wsi, w ówczesnym województwie piotrkowskim. Miał kochających rodziców i trzech braci, z których żaden nie poszedł w jego przestępcze ślady. Najmrodzki swoją edukację zakończył na szkole podstawowej, choć pojawiły się plotki, że zrezygnował z nauki już po piątej klasie. Rodzice – już wtedy rozwiedzeni – nie protestowali. Zawsze dawali Zdzichowi wolną rękę w podejmowaniu życiowych decyzji – z czego Najmrodzki ochoczo korzystał.

Mając 14 lat przeniósł się do ojca. Zamieszkał w małej wsi pod Żyrardowem. Tam poświęcił się doskonaleniu swojej sprawności fizycznej. Twierdził, że przyda mu się ona w późniejszym życiu. I jak się po latach okazało – miał rację. Podobno robił wtedy po tysiąc pompek dziennie.

Kilka lat później wrócił do matki, z którą zamieszkał w Gliwicach. Tam spełnił swoje marzenie z dzieciństwa, związane z jego miłością do samochodów – skończył zawodówkę i został mechanikiem samochodowym.

Po szkole trafił do wojska, gdzie był czołgistą. Miał wówczas 19 lat i odznaczał się na tle innych żołnierzy tym, że był niebywale wysportowany. Zauważyli to jego przełożeni. Zaproponowali mu nawet zostanie zawodowym żołnierzem. Miał trafić do elitarnej jednostki komandosów. Musiał tylko zdać nieoficjalny test, którego próżno było szukać w wojskowym regulaminie.

Lektor Paweł: Miałem po prostu uciec z jednostki w Żaganiu. I bez przepustki pojechać do rodziny w Żyrardowie – tak, aby nie dać się złapać żandarmom Wojskowej Służby Wewnętrznej. Wcześniej uprzedzono mnie, że jeśli wpadnę, będę musiał sobie radzić sam. Groziłoby mi wtedy oskarżenie o dezercję. Na początku nie chciałem ryzykować, ale później zacząłem to traktować jako wyzwanie.

Marcin Myszka: Ostatecznie samowolka udała się. Namierzony w Warszawie przez żandarmów Zdzicho zgubił pościg. Wskoczył w biegu do odjeżdżającego pociągu. Służby czekały na niego na następnej stacji, ale gdy pociąg się na niej zatrzymał – uciekinier z niego nie wysiadł. Nie było go też w przeszukanych przedziałach. Wtedy stało się jasne, że Najmrodzki musiał wyskoczyć z pędzącego pociągu gdzieś po drodze.

Test na komandosa zdał celująco, ale żołnierzem nie został. Jakoś nie widział siebie w mundurze. Chciał wrócić do domu i być kierowcą rajdowym. Po latach stwierdził, że gdyby to mu się wtedy udało, nigdy nie stałby się przestępcą. Niestety jego ambitny plan nigdy się nie powiódł.

POCIĄG DO WOLNOŚCI

Lektor Mikołaj: W 1977 roku ożenił się. Zamieszkał z żoną w Gliwicach. Na życie zarabiał jako mechanik samochodowy. Coraz częściej zaczął też zaglądać do kieliszka. I właśnie przez alkohol, po raz pierwszy zadarł z prawem. Na wiejskiej zabawie pod Żyrardowem, pod wpływem alkoholu poturbował człowieka. Później okazało się, że był to funkcjonariusz milicji.

Marcin Myszka: Najmrodzki został za to skazany na półtora roku pozbawienia wolności. Wyrok odsiadywał w Gliwicach, gdzie w więziennym warsztacie pracował jako mechanik. Wkrótce otrzymał od losu szansę na odzyskanie wolności. Musiał tylko zrobić to, co wcześniej udało mu się w wojsku. Uciec.

Kilka miesięcy później w Warszawie odbywał się proces innego uczestnika bójki na wiejskiej potańcówce. Najmrodzki miał w nim zeznawać jako świadek. Postanowiono przetransportować go do stolicy pociągiem. Skutego kajdankami, w asyście dwóch eskortujących go milicjantów.

Zdzichowi pomogła jedna z cech jego charakteru. Jako niezwykle kontaktowy człowiek, był on bardzo wygadany i wesoły. Wzbudzał szczerą sympatię osób, z którymi rozmawiał. Tak też pomyśleli o nim pilnujący go funkcjonariusze. Podczas kilkugodzinnej podróży pomiędzy osadzonym a stróżami prawa nawiązała się niemal koleżeńska relacja.

Swój pierwszy wyrok Najmrodzki odsiadywał w więzieniu w Gliwicach | Fot. sw.gov.pl

Atmosfera w przedziale rozluźniła się na tyle, że milicjanci zdjęli Najmrodzkiemu kajdanki. Przecież i tak nie mógł uciec z pędzącego pociągu pośpiesznego. Tak przynajmniej sądzili. Za swoją naiwność zapłacili wysoką cenę.

Lektor Paweł: Rozmawialiśmy sobie jak starzy kumple. A przecież wiadomo, że najlepiej gada się przy piwku. Zaproponowałem chłopakom, żeby coś wypić, bo wagon restauracyjny mieścił się tuż na naszym. Na początku odmawiali, ale kiedy zaproponowałem, że to ja im postawię – zgodzili się bez wahania. Dalsza podróż mijała nam jeszcze milej. Piliśmy, paliliśmy papierosy i żartowaliśmy, jakbyśmy znali się od urodzenia.

Marcin Myszka: Najmrodzki miał mocną głowę do alkoholu. Milicjanci nie. Oprócz paru piw, wypili kilka setek czystej. Po dwóch godzinach pijani funkcjonariusze zasnęli. Gdy zaczęli głośno chrapać, Zdzicho już wiedział, że jeśli nie teraz – to nigdy.

Wykorzystał moment, kiedy pociąg zwolnił dojeżdżając do kolejnej stacji. Otworzył okno w przedziale i wyskoczył. W chwili, gdy pociąg z pijanymi, śpiącymi konwojentami dojeżdżał do Warszawy, Najmrodzki był już w drodze do Gliwic, gdzie ukrył się u znajomych.

Aby przeżyć potrzebował pieniędzy. Wtedy na swojej drodze spotkał dawnego kolegę z wojska – przemytnika, szmuglującego do Polski zachodnie towary luksusowe. Pomógł on Zdzichowi. Dał mu robotę przy eskortowaniu konwojów przekraczających polską granicę.

Wykorzystał w ten sposób ponadprzeciętne umiejętności Najmrodzkiego w szybkiej i brawurowej jeździe samochodem. Za kółkiem „Saszłyk” czuł się jak ryba w wodzie. Niczym zawodowy kierowca rajdowy, którym zawsze chciał zostać. Co ciekawe – Najmrodzki nie miał nawet prawa jazdy.

Lektor Mikołaj: Jego zadaniem było odwracanie uwagi milicji, gdyby na trasie pojawił samochód z przemycanym towarem. I z tego zadania wywiązywał się wzorowo. Zdarzało się, że pędził jak szalony tylko po to, aby sprowokować milicyjny pościg za nim. Po to, żeby kontrabanda mogła bez przeszkód dojechać do celu, omijając milicyjne kontrole.

Marcin Myszka: Zarobki Najmrodzkiego rosły w szybkim tempie. Tak, jak i jego pozycja w przestępczym półświatku. Ale Zdzichu nie lubił mieć nad sobą szefów. Postanowił więc działać na własną rękę. Na swój cel wybrał sklepy sieci Pewex, czyli jedyne w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych sklepy w Polsce, gdzie można było kupić zachodnie produkty. Od dżinsów i perfum, po słodycze i alkohole.

Takie zakupy – oczywiście tylko za dolary lub specjalne bony towarowe – były wówczas marzeniem wielu polskich rodzin. Najmrodzki także pożądał luksusowych towarów, które wypełniały półki Pewexów. Jednak nie zamierzał ich kupować. Postanowił je kraść.

W tym celu zebrał grupę młodych recydywistów, którzy ochoczo przystąpili do stworzonej przez Najmrodzkiego grupy. To właśnie on jako szef opracował własną metodę kradzieży, zwaną później przez milicjantów „metodą na plakat”. Złodzieje przed skokiem wycinali w szybie wystawowej otwór. Po wejściu włamywaczy do sklepu, stojący na czatach członek bandy zaklejał dziurę plakatem zerwanym z ulicznego słupa ogłoszeniowego.

Nie było śladów włamania – nie było przestępstwa. Złodzieje mieli niemal całą noc na penetrowanie lokalu i wyniesienie z niego wszystkiego, co tylko mogli spieniężyć. Najmrodzki brał niemal wszystko, nawet takie przedmioty jak popielniczki czy wypchane bażanty. Z tego powodu wkrótce przylgnie do niego nowy pseudonim – „Śmieciarz”.

Towary z Pewexu trafiały na miejskie bazary w całej Polsce. I natychmiast znajdowały nabywców wśród ludzi spragnionych powiewu Zachodu. Najmrodzki został cenionym dostawcą, a sprawa kradzieży w sklepach Pewex zrobiła się głośna na cały kraj.

Z MAMĄ PRZEZ GRANICĘ

Jego interes rozrósł się. W ciągu tylko jednego roku łupem bandy padło ponad 70 Pewexów. I pojawił się problem. Gdzie ukryć tak ogromną ilość towaru? W tym celu Najmrodzki wynajął magazyn, w którym urządził kryjówkę.

Lektor Mikołaj: Czujący się bezkarnie Najmrodzki nie wie, że milicja jest już na jego tropie. Co prawda nie zna miejsca jego pobytu, ale posiada coraz większą wiedzę o jego wspólnikach. Krąg poszukiwań zacieśnia się. Jeden z zatrzymanych złodziei zaczyna sypać. Wreszcie służby kryminalne otrzymują informację o planowanym spotkaniu Najmrodzkiego z matką w Gliwicach.

Marcin Myszka: 23 maja 1979 roku ubrani po cywilnemu milicjanci czekali na niego pod blokiem, w którym mieszkała matka poszukiwanego zbiega. Najmrodzki został schwytany, ale i tym razem udało mu się uciec. W momencie aresztowania zaczął krzyczeć, że stał się ofiarą napadu rabunkowego. Zaalarmowani przechodnie pomogli mu skutecznie oswobodzić się z uścisków milicjantów. Kiedy wyjaśniło się, że nie był to napad, a próba zatrzymania groźnego bandyty – Najmrodzki był już daleko.

Rok poszukiwań zakończył się totalna klapą. Po raz pierwszy zrozumiano, że Najmrodzki nie jest przeciętnym kryminalistą. Przez następne miesiące pościgi i obławy nie przynosiły rezultatu. Specjalna grupa śledcza nie dawała jednak za wygraną. Listy gończe z podobizna Najmrodzkiego pojawiły się na terenie całego kraju.

Milicjanci wkrótce zaczęli trafiać na trop jego ludzi. Za kratkami znalazło się blisko 20 wspólników „Saszłyka”. Najmrodzkiemu grunt zaczął palić się pod nogi. Postanowił opuścić Polskę. Przez zieloną granicę z Czechosłowacją próbował uciec razem z matką, która od samego początku jego przestępczej kariery pomagała mu jak tylko mogła.

“Saszłyk” upodobał sobie napady na sklepy Pewex – PRL-owski symbol bogatego Zachodu | Fot. Wikipedia

Stamtąd postanowili przedostać się do Austrii. W lipcu 1979 roku wpadli w ręce czechosłowackiej służby granicznej, niecałe 3 kilometry od upragnionego celu. Oboje zostali aresztowani. Pani Najmrodzka spędziła w więzieniu kilka miesięcy, po czym została zwolniona.

Zdzisław kolejny raz trafił do aresztu śledczego w Gliwicach. Władze Ludowe ogłosiły w mediach wielki sukces. Wsadzono za kratki najgroźniejszego polskiego przestępcę, autora kilkudziesięciu napadów na Pewexy. Jego proces rozpoczął się rok później, ale Najmrodzki nie zamierzał czekać na jego zakończenie. Podczas ogłoszonej przerwy uciekł. Wykorzystał w tym celu przepiłowane wcześniej kraty w celi tymczasowej, w której czekał na wznowienie rozprawy.

Lektor Paweł: Jak wykazało późniejsze dochodzenie, jego ucieczkę z gmachu gliwickiego sądu zorganizowali pozostający na wolności jego najbardziej zaufani wspólnicy. Ich łącznikiem z osadzonym była matka Najmrodzkiego, która aktywnie brała udział w przygotowaniach do tej ucieczki.

Marcin Myszka: Po latach Najmrodzki opowiedział zupełnie inną wersję tych wydarzeń. O pomoc w jego ucieczce oskarżył… milicjantów. Twierdził, że opłacił kilku funkcjonariuszy, którzy sami przepiłowali kraty w oknie i umożliwili mu w ten sposób wydostanie się na wolność. Nikt oczywiście nie wierzył wówczas „Saszłykowi”, ale czy na pewno kłamał? Wątek pomocy ze strony milicji, a nawet pracowników MSW będzie się od tego momentu stale przewijał w jego przestępczej historii.

Choć nigdy nie udowodniono żadnemu mundurowemu współpracy z Najmrodzkim, sam Jan Płócienniczak przyznał w jednym z odcinków magazyny kryminalnego „997”, że wersja ta jest bardzo prawdopodobna.

PIĆ DUŻO, JEŹDZIĆ SZYBKO

Ucieczka z sądu rozsławiła Najmrodzkiego w całym kraju. O groźnym kryminaliście mówiono w telewizyjnych dziennikarz. Pisała o nim prasa. Tymczasem „Saszłyk” przeniósł się do stolicy. Nie chciał już kraść. Miał inny pomysł na zbicie majątku. Postanowił zostać złodziejem samochodów.

Wraz ze swoimi ludźmi kradł głównie Polonezy, w których się specjalizował. Każdy przywłaszczony samochód zyskiwał nowe, oryginalne dokumenty. Czyste blankiety i pieczątki Zdzichu zdobył włamując się nocą do gminnych urzędów. Tak przygotowane auta złodzieje sprzedawali na giełdach samochodowych, po wyraźnie zaniżonej cenie. Każda sztuka rozchodziła się błyskawicznie.

W roku 1982 Najmrodzki miał już na swoim koncie ponad 100 skradzionych Polonezów i opinię „króla złodziei”. Po rozwodzie z żoną, związał się z dużo młodszą od siebie kobietą, na którą wydawał ogromne sumy. Kupił jej nawet willę pod Warszawą. Mógł sobie na to pozwolić, ponieważ był bajecznie bogaty. I wcale się z tym nie krył. Prowadził wystawny tryb życia, nosił drogie zegarki i biżuterię. Jadał w najdroższych restauracjach i mieszkał w najbardziej luksusowych hotelach.

Nie było samochodu, którego Najmrodzki nie byłby w stanie ukraść. Specjalizował się w Polonezach | Fot. Wikipedia

„Saszłyk” nigdy nie wyzbył się zamiłowania do alkoholi i szybkiej jazdy samochodem. Z tego powodu wciąż wpadał w ręce milicji. Choć zatrzymywano go kilka razy, nie wiedziano, że to właśnie on jest najbardziej poszukiwanym przestępcą w Polsce. Wszystko za sprawą podrobionych dokumentów na inne nazwiska, którymi legitymował się Najmrodzki.

Tak było między innymi w roku 1982, kiedy pod Radomiem uległ wypadkowi. Został zatrzymany. Milicjanci nie mieli pojęcia, że oglądany przez nich dowód osobisty pijanego kierowcy wystawiony był tak naprawdę na nazwisko jego kuzyna. Zatrzymanemu pobrano krew do badań, a następnie puszczono go wolno z informacją, żeby czekał na wezwanie. Aby oszczędzić kuzynowi kłopotów, nocą z miejscowego laboratorium Najmrodzki ukradł probówki z krwią. Dopiero kilka dni później jedna z pielęgniarek rozpoznała w pijanym kierowcy mężczyznę poszukiwanego listem gończym.

Dwa lata później miał mniej szczęścia. W ręce milicji wpadł, gdy wracał z wakacji na Mazurach. Pędzące z zawrotną prędkością BMW zwróciło uwagę milicyjnego patrolu. Wywiązał się pościg wąskimi drogami podwarszawskich wsi.

Lektor Mikołaj: Kierowca nie reaguje na żadne sygnały. Z cyrkową zręcznością omija kolejne zapory. Dopiero milicyjna blokada przynosi skutek. Najmrodzki zjeżdża w boczną uliczkę. Tam ma do wyboru – przejechać pod opuszczonymi zaporami, tuż przed nadjeżdżającym pociągiem albo skręcić w podwórko pobliskiego domu. W ostatniej chwili rezygnuje z ryzykownego przejazdu przez tory i wjeżdża na posesję. Stamtąd nie ma wyjazdu. Zostawia więc samochód i ucieka pieszo.

Został ujęty po przebiegnięciu pięciu kilometrów. Milicjanci byli wówczas przekonani, że zatrzymali mężczyznę o nazwisku Dąbrowski. Dopiero sprawdzenie odcisków palców uzmysłowiło im kogo tak naprawdę schwytali.

AUTOGRAF WIĘŹNIA

Najmrodzki trafił do warszawskiego aresztu śledczego na Mokotowie. W lutym 1985 roku przewieziono go na przesłuchanie do Komedy Głównej Milicji Obywatelskiej, mieszczącej się w Pałacu Mostowskich. „Saszłyk” wiedział, że nie wróci już do swojej celi. Czekał tylko na odpowiedni moment.

Idąc korytarzem w towarzystwie oficera milicji, uderzył go kilka razy w twarz. Zabrał mu kurtkę i milicyjną legitymację, a następnie zupełnie spokojnie wyszedł z budynku komendy głównym wyjściem. Na pożegnanie, z uśmiechem na ustach pomachał strażnikowi legitymacją.

Ucieczka ta sprawiła, że jego legenda wzrosła jeszcze bardziej. A przecież nie było to jego ostatnie słowo. Sam Najmrodzki kilka lat później zdradził, że pobity przez niego oficer tak naprawdę był z nim w zmowie. Dał się obezwładnić za sumę pięciu tysięcy dolarów i obietnicę pięciu lat milczenia ze strony Najmrodzkiego. Dokładnie tyle czasu potrzebował oficer, aby przestępstwo, jakiego się dopuścił uległo przedawnieniu.

Czy „Saszłyk” mówił prawdę? Zdania są podzielone, ale faktem jest, że milicja prowadziła wewnętrzne śledztwo, podejrzewając, że ktoś z wewnątrz musiał Najmrodzkiemu pomagać w tych brawurowych ucieczkach.

Rok później przebywający na wolności i poszukiwany listem gończym Najmrodzki znów rozbił się po pijanemu. I ponownie trafił w ręce milicji. Tym razem był jednak ciężko ranny, więc wylądował w szpitalu. Kiedy personel rozpoznał w nim sławnego już wtedy „Saszłyka”, przy jego łóżku ustawiła się kolejka chętnych po autograf.

Najmrodzki nigdy nie wyzbył się zamiłowania do szybkiej jazdy. Jego ulubionym samochodem był Fiat 131 Mirafiori | Fot. Wikipedia

Dopiero wtedy milicjanci przekonali się jak wielką sympatią Najmrodzki cieszył się wśród polskiego społeczeństwa. Dla wielu ludzi jego kradzieże były odbierane niemal jako czyny bohaterskie. Okradał przecież właścicieli Polonezów, a w tamtych czasach był to samochód, na który mogli sobie pozwolić wyłącznie ludzie bogaci i wpływowi.

Pewexy były państwowe i także kojarzyły się z luksusem niemożliwym do osiągnięcia przez zwykłą klasę robotniczą. Pojawiły się wtedy nieprawdziwe plotki, że część skradzionych rzeczy „Saszłyk” ofiarowywał domom dziecka. Takie informacje wystarczyły, żeby Najmrodzki został ludowym bohaterem, porównywalnym z legendarnym Janosikiem.

Tak oto „Saszłyk” został najpilniej strzeżonym więźniem w Polsce. Podczas jego procesu budynek sądu był obstawiony przez kilkudziesięciu komandosów. Nad gmachem latały dwa milicyjne śmigłowce. Na sali rozpraw więcej było milicjantów niż cywilów. Tym razem udało się go upilnować do końca procesu.

Lektor Paweł: Sąd Wojewódzki w Warszawie, po rozpatrzeniu sprawy przeciwko Zdzisławowi Najmrodzkiemu, oskarżonemu o przestępstwa z artykułu 203 kodeksu karnego oraz 208 kodeksu karnego, uznaje go winnym zarzucanych mu czynów. I skazuje go na łączną karę 15 lat pozbawienia wolności.

Marcin Myszka: Swój wyrok miał odsiadywać w więzieniu w Gliwicach. A tam „Saszłyk” czuł się niemal jak w domu. Od samego początku myślał o ucieczce. Sam jednak niewiele mógł zrobić. Był pilnowany przez całą dobę. Nawet na więzienny spacerniak wychodził osobno, jedynie w towarzystwie swojego kompana z celi.

Czy da się uciec z więzienia, będąc najpilniej strzeżonym polskim więźniem? Tak, jeśli ma się do pomocy taką matkę, jaką miał Najmrodzki. Kobieta za własne pieniądze zorganizowała potrzebny sprzęt i wynajęła najlepszego człowieka do zrealizowania planu wymyślonego przez jej uwięzionego syna. Latem 1989 roku rozpoczęły się przygotowania do najsłynniejszej ucieczki „Saszłyka”.

Najważniejszą w niej rolę miał tu odegrać budynek szkoły samochodowej, do której kiedyś uczęszczał Zdzisław Najmrodzki. Przylegał on do gliwickiego więzienia. Od więziennego podwórka, po którym spacerowali osadzeni dzieliło go zaledwie 20 metrów.

Plan zakładał wykopanie podziemnego tunelu prowadzącego ze szkolnej piwnicy wprost pod więzienny spacerniak. Prace przy jego wykonaniu zajęły dwa miesiące. 62-letnia matka Zdzicha osobiście pomagała przy kopaniu i wynoszeniu z piwnicy worków wypełnionych ziemią. Swoją ucieczkę Najmrodzki wyznaczył na niedzielę, 3 września. Gdy przyszedł ten dzień – wszystko było gotowe.

TUNEL DLA “SASZŁYKA”

Około godziny 10:30 „Saszłyk” wyszedł ze swojej celi. Towarzyszył mu współosadzony. Obaj weszli na więzienny spacerniak. Dowódca zmiany oraz oddziałowy strażnik nawet na sekundę nie spuszczali z oczu dwóch spacerujących więźniów. Zdzichu szedł wolnym krokiem z opuszczoną głową. Uparcie wpatrywał się w chodnik. Jego zachowanie nie wydawało się nikomu podejrzane. Przecież prawo nie zabrania osadzonym patrzeć tam, gdzie chcą.

Nagle Zdzichu zatrzymał się. Tylko on dostrzegł wystający z trawy obok chodnika drut. Już wiedział, że znalazł właściwe miejsce. Przeszedł jeszcze jedno okrążenia, a następnie usiadł na ławce. Towarzyszowi przekazał, że pod swoim materacem zostawił list adresowany do naczelnika więzienia. Poprosił, aby ten przekazał go w odpowiednie ręce, gdy tylko wróci do celi. Na stwierdzenie kompana, że ten nie wie, o co chodzi – „Saszłyk” tylko się uśmiechnął. I odparł, że już niedługo wszystko zrozumie.

Następnie Najmrodzki wstał i proponując jeszcze jedno okrążenie ruszył przed siebie. Szedł pewnym krokiem. Gdy tylko zbliżył się do miejsca, z którego wystawał drut – zatrzymał się. Zrobił krok w bok, schodząc z betonowego chodnika. Podskoczył. W tym samym momencie obserwujący go strażnicy zobaczyli coś, czego nigdy by się nie spodziewali. Opadający więzień nagle zniknął na ich oczach. Dosłownie zapadł się pod ziemię.

Ostatni proces “Saszłyka” | Fot. Polska Agencja Prasowa

Wszystko rozegrało się w ułamku sekundy. Zanim uruchomiono syrenę alarmową, Najmrodzki zdążył przeczołgać się wydrążonym pod ziemią tunelem i wyjść po jego drugiej stronie w szkolnej piwnicy. Przed budynkiem szkoły czekał już na niego wspólnik na motorze. Razem odjechali z piskiem opon.

Gdy naczelnik więzienia otworzył zaadresowany do niego list, wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze bardziej zaskoczyły go słowa Najmrodzkiego.

Lektor Paweł: Szanowny Panie Naczelniku. Z nieukrywanym żalem ubolewam nad faktem pozostawienia za sobą wielu kłopotów, spowodowanych moim zachowaniem, które ostatecznie doprowadziło do niekonwencjonalnego opuszczenia murów więzienia. Mój żal jest o tyle wiarygodny i uzasadniony, że nigdy nie miałem poważniejszych zastrzeżeń do pana jako naczelnika, jak i do pańskich podwładnych. Uważam, że ostatecznie zrozumie pan moją intencję, która ma na celu obalenie niechlubnego mitu o używaniu przemocy i bezwzględności podczas moich ucieczek z więzienia.

Marcin Myszka: Mistrz ucieczek znów wykiwał polskie organy ścigania. Tym razem zdawał sobie jednak sprawę, że jego twarz znali wszyscy. Milicyjne komunikaty były odczytywane w radiowych i telewizyjnych dziennikach. Pętla wokół najpilniej poszukiwanego polskiego przestępcy zaciskała się wokół niego coraz mocniej.

Lektor Mikołaj: Stołeczny Urząd Spraw Wewnętrznych poszukuje Zdzisława Najmrodzkiego, urodzonego w 1954 roku, syna Władysława. Rysopis poszukiwanego: wzrost 175 cm, szczupły, twarz pociągła, wąsy czarne, cera śniada. Włosy czarne, gęste. Brwi łukowate, czarne. Poszukiwany jest niebezpiecznym przestępca kryminalnym.

Marcin Myszka: Najmrodzki postanowił zmienić twarz i raz na zawsze zniknąć z oczu ścigającym go milicjantom. W tym celu umówił się nawet z chirurgiem plastycznym. Nie zdążył jednak poddać się planowanej operacji. Powód okazał się dość typowy dla „Saszłyka” – kolejny raz przeszkodziło mu jego zamiłowanie do alkoholu oraz szybkiej jazdy samochodem, będąc pod jego wpływem.

Dwa miesiące po jego ostatniej spektakularnej ucieczce, prowadzony przez niego z zawrotną prędkością kradziony samochód uderzył w przydrożną latarnię. Zatrzymany przez krakowskich milicjantów kierowca miał ponad dwa promile alkoholu i dokumenty na nazwisko Jan Bardak. Pomimo odniesionych w wypadku ran „Saszłyk” wdał się w bójkę z funkcjonariuszami, a następnie zaczął uciekać.

Stan alkoholowego upojenia nie pozwolił mu wykorzystać jego sprinterskich możliwości, które niewątpliwie posiadał. Został schwytany i osadzony w areszcie, jednak dopiero badanie linii papilarnych wykazało, że milicjanci aresztowali żywą legendę polskiego świata przestępczego.

Jeszcze tego samego dnia prezenter wieczornego „Dziennika Telewizyjnego” z nieukrywaną dumą w głosie poinformował widzów o wielkim sukcesie Milicji Obywatelskiej. Jak się miało wkrótce okazać – był to ostatni tak wielki sukces polskiej milicji, która pół roku później została zastąpiona przez policję.

TRAGICZNY KONIEC LEGENDY

Po półtorarocznym śledztwie i procesie Sąd Rejonowy w Krakowie skazał Najmrodzkiego na karę łączną siedmiu i pół roku pozbawienia wolności. Jako recydywista i niebezpieczny przestępca „Saszłyk” trafił do więzienia w Strzelcach Opolskich. Stamtąd nie udało mu się już uciec. Prawdopodobnie nawet tego nie planował.

Zamiast kolejnej próby samowolnego opuszczenia murów więzienia, Najmrodzki poddał się procesowi pełnej resocjalizacji. Aktywnie uczestniczył w zajęciach grupowych. Zaczął również pisać wiersze, które zostały wydane i sprzedane w ilości siedmiu tysięcy sztuk. Twierdził, że się zmienił. Że po wyjściu na wolność nie będzie już przestępcą. Że zajmie się legalnym biznesem. Chciał otworzyć hodowlę ryb łososiowatych lub warsztat samochodowy. Planów miał wiele – podobnie jak poukrywanych w różnych tajnych skrytkach dolarów i złota.

Bardzo sprytnie wykorzystał zmieniającą się sytuację polityczną w kraju. Jako obywatel wolnej Polski zapewniał, że jego przestępcza kariera była jedynie wyrazem buntu wobec socjalistycznej Polski Ludowej, której szczerze nienawidził. Teraz w III RP chce być przykładnym obywatelem, który – jeśli znów będzie wolny – nigdy nie wróci do dawnego przestępczego życia.

Wielu mu uwierzyło, w tym najważniejsza osoba w państwie – prezydent Lech Wałęsa. Jego decyzją 15 listopada 1994 roku Zdzisław Najmrodzki został ułaskawiony. Więzienie opuszczał jako 40-letni celebryta oraz najsłynniejszy zresocjalizowany polski kryminalista. Swoisty bohater swoich czasów. Znienawidzony przez organy ścigania, ale uwielbiany przez prostych ludzi.

Król złodziei i mistrz ucieczek jako lokalny bohater? Najmrodzki wciąż cieszy się sympatią zwykłych obywateli | Fot.24gliwice.pl

Choć obiecywał poprawę, w swoim postanowieniu wytrzymał zaledwie rok. 31 sierpnia 1995 roku zginął w wypadku drogowym niedaleko Mławy. Prowadzone przez niego BMW wpadło w poślizg i zjechało na przeciwległy pas jezdni, prosto pod koła jadącej ciężarówki.

Oprócz Najmrodzkiego zginęli dwaj nastoletni chłopcy – dzieci jego kolegi, który drugim samochodem jechał tuż za nimi. Podczas oględzin miejsca wypadku okazało się, że samochód był kradziony, a dokumenty 41-letniego kierowcy fałszywe, wystawione na panieńskie nazwisko jego matki. Przestępcze nawyki Najmrodzkiego okazały się być silniejsze niż jego obietnica poprawy.

Przyznacie sami, że barwne życie Zdzisława Najmrodzkiego to gotowy materiał na doskonały film i wkrótce słynny „Saszłyk” zagości na ekranie, jako bohater komedii sensacyjnej w reżyserii Mateusza Rakowicza. Premiera filmu zatytułowanego „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” zaplanowana została na 17 września.

W rolę legendarnego przestępczego celebryty, brawurowo ośmieszającego polską milicję, wcielił się Dawid Ogrodnik. Widzowie będą mieli doskonałą okazję, aby przekonać się, czy filmowy „król złodziei i mistrz ucieczek” okaże się postacią równie charyzmatyczną jak jego pierwowzór.

Lektor Mikołaj: Odcinek powstał na podstawie książek Józefa Łozińskiego i Patryka Pleskota oraz artykułów opublikowanych w magazynach „Wprost”, „Detektyw Extra” i „Przekrój”. Wykorzystano również fragmenty telewizyjnego magazynu „997”.

Słuchaj podcastów na: