Rekin wypluł rękę zaginionego i pomógł w śledztwie | 224. GŁOŚNE ZBRODNIE

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Gdy w roku 1935, podczas pokazu w australijskim Parku Rozrywki, pływający w akwarium rekin zwymiotował wytatuowane męskie ramię – początkowo wzięto to za kolejny przykład ataku tych drapieżników na ludzi. Jednak badania kończyny wykazały zupełnie coś innego – zdaniem koronera doszło do brutalnego zabójstwa. Policyjne śledztwo stało się początkiem jednej z najbardziej zagadkowych spraw kryminalnych w historii Australii.

 

Pierwsza ofiara rekinów

Do pierwszego ataku rekina na człowieka – udokumentowanego przez władze Nowej Południowej Walii – doszło w lutym 1922 roku. Swoje życie stracił wówczas 18-letni surfer. Był on pierwszą ofiarą. I jak się miało wkrótce okazać – nie ostatnią. Lokalne władze niechętnie informowały opinię publiczną o następnych, podobnych „incydentach”, ponieważ obawiały się spadku ruchu turystycznego, który zaczynał przynosić niezłe dochody. Ale nie wszystko udało im się ukryć. Na początku lat 30. władze opublikowały raport, z którego wynikało, że w ciągu niespełna 10 lat doszło w okolicach plaży Coogee do co najmniej 15 ataków na ludzi, z czego 10 zakończyło się śmiercią.

Ludzie po raz pierwszy zaczęli odczuwać strach przed tymi morskimi drapieżnikami. Już nie oddalali się tak chętnie od brzegu. Popularność surfingu dość znacząco spadła. Wzrosło natomiast zainteresowanie krwiożerczymi morskimi bestiami, które od kilku lat siały postrach wśród mieszkańców wschodniego wybrzeża Sydney. 

Właściciele miejscowego Parku Rozrywki – bracia Charles i Albert Hobsonowie – postanowili ten ludzki strach przekuć we własny zysk. Tym bardziej, że młodszy z nich – Albert – był także rybakiem, który nie miał sobie równych w polowaniach na te groźne stworzenia.

 

Park Hobsonów

Hobsonowie przejęli Park Rozrywki w Coogee po śmierci swojego ojca. Po serii prasowych artykułów o atakach rekinów, postanowili ratować podupadający już wówczas interes. Kryty basen zmienili w pokaźnych wymiarów akwarium, w którym zaczęły pływać wielkie i groźne żarłacze. Pomysł ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Ludzie chcieli na własne oczy przyjrzeć się tym morderczym bestiom, potrafiącym bez najmniejszego trudu zabić człowieka. A w najlepszym przypadku odciąć mu ramię lub nogę. Największą atrakcję stanowiły zwłaszcza dwa gatunki żarłacza – biały oraz tygrysi, najwięksi przedstawiciele rodziny żarłaczowatych.

Kiedy w marcu 1935 roku w Coogee ponownie doszło do serii ataków na ludzi – w ciągu kilku dni zginęły wówczas 3 osoby, a kilka innych zostało poważnie rannych – ilość sprzedanych biletów do Parku Rozrywki znacząco wzrosła. Był tylko jeden problem – w niewoli rekiny nie żyły zbyt długo. Dlatego Albert jako rybak miał pełne ręce roboty. Wiedział, że im większe złowi rekiny, tym więcej na nich zarobią. Najlepsze okazy mogły osiągać ponad 6 metrów i ważyć nawet 3 tony, ale Albert nigdy tak wielkich rekinów nie schwytał. 

„Te rekiny, na które natrafiał, nigdy nie przekraczały 3 metrów długości. Zadowalał się więc każdym złowionym żarłaczem. I wciąż żył marzeniem o złowieniu znacznie większego rekina – choć on sam określał szansę na to jako „jedną na milion”, czyli mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe”

Gdy w końcu jego marzenie się spełniło – połów ten stał się początkiem jednej z najbardziej legendarnych spraw kryminalnych w historii Australii. A jednocześnie – jednej z najbardziej tajemniczych…

 

Potwór z oceanu

Wszystko zaczęło się we wtorek, 17 kwietnia 1935 roku. Dzień wcześniej padł kolejny rekin z Parku Rozrywki. Turystyczną atrakcję trzeba było szybko zastąpić nowym okazem. Właściciele wielkiego akwarium się niepokoili, bo bilety wstępu były już dawno wyprzedane. Ludzie domagali się bestii, a bracia nie mieli najmniejszego zamiaru zwracać im pieniędzy wydanych na bilety.

Na połów Albert zabrał ze sobą syna, nastoletniego Rona. Tym razem postanowił wypłynąć dalej za wyspę „Tortu Weselnego” niż zwykle. Będąc około 3 kilometrów od plaży Coogee ojciec z synem natrafili na niewielkiego żarłacza tępogłowego. Doświadczony rybak szybko oszacował jego wymiary. Nie miał więcej niż półtora metra długości. Jego waga z pewnością nie przekraczała 100 kg. 

Plaża Coogee, w tej okolicy Hobsonowie złowili rekina, który stał się atrakcją w ich parku rozrywki.

Ciągnąc go w kierunku łodzi, Hobsonowie nagle zauważyli coś, czego na pewno się nie spodziewali. Do zaczepionego na haczyk małego rekina podpłynął inny – znacznie większy. I połknął go w całości. Jednocześnie sam stając się schwytanym okazem. Już tylko pobieżne szacunki Alberta nie pozostawiały wątpliwości. Żarłacz tygrysi miał ponad 4 metry i blisko tona wagi. Nigdy wcześniej nie złowił tak ogromnego rekina. Po wciągnięciu bestii na łódź rybak nie miał już wątpliwości – jego największe marzenie właśnie się spełniło. 

 

Rekin zwrócił niestrawiony kawałek człowieka

Żarłacz tygrysi. Rekina tego gatunku Hobsonowie złowili do swojego akwarium. Fot. Wikipedia

Właściciele Parku Rozrywki był siódmym niebie. Jeszcze nie mieli u siebie tak wielkiego rekina. W myślach już przeliczali te wszystkie szeleszczące dolary, które niewątpliwie na nim zarobi. Postanowili się jednak wstrzymać z jego prezentacją o tydzień. W środę 25 kwietnia wypadało święto państwowe, upamiętniające poległych żołnierzy australijskich i nowozelandzkich. Dzień wolny od pracy, więc Hobsonowie spodziewali się prawdziwego najazdu turystów chcących na własne oczy ujrzeć ogromnego rekina tygrysiego.

Nie pomylili się. Już od samego rana całe rodziny ustawiały się w niekończące się kolejki. Wszystko szło zgodnie z planem. Widzowie byli zadowoleni, a kasy pełne. I nagle około godziny 16:30 coś dziwnego zaczęło się dziać z dość żwawym i pełnym życia rekinem. 

W pewnej chwili zaczął on pływać coraz wolniej i coraz bliżej dna basenu. Tak, jakby coś go obciążała, nie pozwalając pływać wyżej. Zaskoczeni ludzie obserwowali, jak rekin uderzał głową o ściany basenu. Dostawał przy tym dziwnych drgawek. Jednocześnie nienaturalnie szeroko otwierał swoją paszczę – zupełnie jakby się czymś dławił. W końcu żarłacz tygrysi opadł na dno i… zwymiotował!

Na powierzchni wody pojawiła się gęsta piana. Kiedy opadła, oczom widzów ukazały się niestrawione szczątki, które chwilę wcześniej znajdowały się w żołądku męczącego się rekina. Albert, który stał najbliżej krawędzi akwarium bez trudu zidentyfikował te największe z nich. Szczur, jakiś ptak, duże kawałki czegoś, co wcześniej mogło być rybą oraz… ludzkie ramię!

 

Precyzyjne cięcie

Początkowo nikogo nie zdziwił ten makabryczny widok. Przecież rekiny od dawna mocno pracowały na swoją reputację ludojadów. Pomyślano więc, że zwymiotowane ramię było po prostu kolejnym przykładem nieszczęśliwego spotkania jakiegoś człowieka z rekinem. Nie pierwszym i zapewne nie ostatnim. Jednak mimo to bracia Hobson postanowili powiadomić o tym incydencie miejscową policję.

Funkcjonariusze po przybyciu na miejsce, wyłowili z wody ludzką kończynę. Oni także skłaniali się do wersji zakładającej, że rekin odgryzł ramię jakiemuś nieszczęśnikowi. Jednak po tym jak zauważyli, że na nadgarstku wciąż zawiązany był kawałek sznurka – tak jakby właściciel ramienia miał przed śmiercią skrępowane ręce – zaczęli mieć poważne wątpliwości.

Postanowili przekazać znalezisko koronerowi do zbadania. Jego raport zaskoczył wszystkich. Okazało się, że ramię nie zostało odgryzione zębami żarłacza tygrysiego, ale precyzyjnie odcięte piłą. Jak powszechnie wiadomo – rekiny nie używają piły. Ale człowiek – jak najbardziej. Dlatego szybko stało się jasne, że o nieszczęśliwym wypadku nie mogło być mowy. 

Zanim żarłacz połknął ludzkie ramię, wcześniej musiało dojść do morderstwa. A zabójca pozostawał na wolności. Aby go wytropić i schwytać, policjanci musieli najpierw zidentyfikować jego ofiarę. Okazało się to łatwiejsze niż początkowo sądzono.

– Na wydobytej z wody kończynie znajdował się bardzo charakterystyczny tatuaż. Jego wykonanie było dość amatorskie, żeby nie powiedzieć prymitywne. Przedstawiał dwóch walczących ze sobą bokserów, stojących naprzeciw siebie z wyciągniętymi pięściami, gotowymi do zadania ciosów. Postanowiliśmy upublicznić ten tatuaż w gazetach, licząc na to, że ktoś go rozpozna i zdradzi nam tożsamość jego posiadacza. – relacjonuje policjant

Następnego dnia zdjęcie tatuażu wraz z jego opisem opublikowały wszystkie dzienniki z Sydney. Jeden z czytelników od razu rozpoznał dwóch niezdarnie wytatuowanych bokserów. Natychmiast skontaktował się z policją. Stwierdził, że dokładnie taki tatuaż miał jego starszy brat – zaginiony kilka tygodni wcześniej 45-letni James Smith.

 

Śledczy postanowili dokładnie sprawdzić ten trop. Na podstawie odcisków palców pobranych z dość dobrze zachowanego ramienia, które zwrócił rekin udało im się potwierdzić, że brat zaginionego mówił prawdę. Po rozwiązaniu jednej zagadki, na jej miejscu pojawiły się kolejne. Kim był James Smith i dlaczego nikt nigdy nie zgłosił jego zaginięcia? Czy rzeczywiście został zamordowany? A jeśli tak – to dlaczego? I kto był zabójcą? O tym w 224. odcinku Kryminatorium.

Sprawdź też, czy nie musisz nadrobić kilku poprzednich odcinków 🙂 o, tutaj.

Słuchaj podcastów na: