Syn celebryty znika z kołyski | #116 ZAGINIĘCIA/PORWANIA

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Prawie 100 lat temu w 1932 r. zniknął 2-letni Charles Junior. Może i całe zdarzenie byłoby pominięte przed media, gdyby nie fakt, że ojcem chłopca był ówczesny bohater Ameryki.

Idol XX wieku

Charles Lindbergh był pierwszym człowiekiem w historii, który w 1927 r. przeleciał samotnie nad Oceanem Atlantyckim z Nowego Jorku do Paryża. Dokonał tego bez międzylądowań, na małym jednosilnikowym samolocie. Przyniosło mu to ogromną sławę.

Charles-Lindbergh
Charles Lindbergh był w Ameryce uznawany za bohatera. | fot. ctipft.com/heroes-in-flight-charles-lindbergh/

Nieskromny, pewny siebie, odważny mężczyzna uwielbiał wyłamywać się ze schematów. To właśnie te cechy sprawiły, że „Samotny orzeł” – jak zaczęli go nazywać dziennikarze – w jednej chwili stał się sławny i bogaty.

Dwa okręgi trzy dziury

Szczęście dopisywało mu również w życiu prywatnym. W 1929 r. wziął ślub się z 23-letnią Anne Morrow. Niedługo później młode małżeństwo powitało na świecie swojego syna, Charlesa Augusta Juniora. Dziecko od razu stało się ulubieńcem prasy, a przez dziennikarzy nazwane było „Orlątkiem” oraz „ulubionym dzieckiem Ameryki”. Wkrótce rodzina przeprowadziła się w okolice miasta Hopewell w stanie New Jersey.

Wydawało się, że nie ma na ziemi bezpieczniejszego miejsca, w którym Junior mógłby dorastać. Wszystko zmieniło się w zimny i deszczowy wieczór, 1 marca 1932 roku. Wtedy właśnie doszło do zaginięcia chłopca.

Podczas przeszukiwań posiadłości Charles zauważył, że w pokoju jego dziecka okno było uchylone, a na podłodze znajdowały ślady zabłoconych butów. Na parapecie leżała koperta. Był to list od porywaczy.

Kidnaperzy zażądali okupu w wysokości 50 tysięcy dolarów w niskich nominałach (równowartość dzisiejszych 400 tysięcy dolarów). W prawym dolnym rogu wiadomości znalazł się dziwny rysunek – dwa nachodzące na siebie niebieskie okręgi.

Tysiące szczęśliwych Francuzów witało legendarnego pilota krzykami i brawami. | fot. disciplesofflight.com

„Największa tragedia roku”

Policjanci dokonali oględzin na miejscu porwania. W pokoju dziecka nie było żadnych obcych odcisków palców. Ślady błota w pokoju nie układały się w odciski podeszwy buta. Sprawca musiał więc mieć rękawiczki i nie zapomniał zabezpieczyć butów. Na drabinie znajdującej się na zewnątrz także nie znaleziono żadnych śladów.

Porwanie syna bohatera narodowego stało się „największą tragedią roku”. Wszystkie gazety i rozgłośnie radiowe prześcigały się w publikowaniu sensacyjnych informacji, które potęgowały ogólnokrajową histerię.

Lindberghowie próbowali wykorzystać fakt zainteresowania prasy tą sprawą. Mieli nadzieję, że ich apel do porywaczy sprawi, że okażą oni choć odrobinę litości i człowieczeństwa. Matka chłopca zwróciła się więc bezpośrednio do przestępców. Jej list opublikowany został przez wszystkie amerykańskie dzienniki.

Apel niestety przyniósł efekt odwrotny do spodziewanego. W następnym liście porywacze zwiększyli kwotę okupu do sumy 70 tysięcy dolarów. Miała to być kara za nieposłuszeństwo rodziców i nagłośnienie sprawy w mediach.

Gest króla gangsterów

Władze New Jersey wyznaczyły nagrodę w wysokości 25 tysięcy dolarów za pomoc w odnalezieniu „Orlątka”. Dzień później Charles Lindbergh podwoił tę kwotę.

Do nagrody dorzuciła się także pewna znana postać, legendarny gangster Al Capone, który w tym czasie odsiadywał wyrok w chicagowskim więzieniu.

Z czasem porywacze zmienili swoje żądania. Podnieśli kwotę okupu do stu tysięcy. Zażądali także, aby wyznaczyć łącznika między nimi a rodzicami dziecka. Do tego zadania zgłosił się pewien emerytowany nauczyciel, który kilka dni wcześniej – z własnej kieszeni – dołożył tysiąc dolarów do ogłoszonej nagrody.

Lindbergh wife
Szczęście dopisywało pilotowi również w życiu prywatnym. Z żoną, Anne Morrow. | fot. dailymail.co.uk

Mężczyzna z porywaczami kontaktował się za pośrednictwem dziennika „New York American”. To na łamach prasy ustalono miejsce pierwszego spotkania. Był to pewien nowojorski cmentarz. Łącznik John pojawił się tam w nocy 12 marca – 12 dni po porwaniu. Nie był jednak w stanie dokładnie przyjrzeć się twarzy rozmówcy.

Koniec nadziei

W międzyczasie pojawiło się mnóstwo doniesień o odnalezieniu „Orlątka” żywego. Raz w Teksasie, innym razem w Kalifornii, później z kolejnych stanów. FBI sprawdzało każdy sygnał. Wszystkie ślady prowadziły jednak donikąd.

Ludzie zdawali sobie sprawę, że dziecko prawdopodobnie już nie żyje, i cała historia zakończy się tragicznie. I taka informacja wkrótce została też potwierdzona.

12 maja 1932 r. w lesie w pobliżu posiadłości Lindberghów zostają odnalezione fragmenty zwłok dziecka. Wkrótce okazuje się, że należą one do poszukiwanego przez cały kraj chłopca.

Sekcja zwłok wykazała, że „Orlątko” zmarło już w noc porwania. Śmierć była spowodowana uderzeniem w głowę, w wyniku czego doszło do złamania podstawy czaszki i krwotoku wewnętrznego.

Ciało chłopca zostało skremowane, a szczątki rozsypano nad oceanem. Od tej chwili FBI z jeszcze większą determinacją kontynuowało śledztwo. Teraz szukano już nie tylko porywaczy, ale i morderców.

Dolary wskazują winnego

Długo wyczekiwany przełom w sprawie pojawia się we wrześniu 1934 r., półtora roku po porwaniu. Na jednej ze stacji benzynowej pewien mężczyzna zapłacił banknotem pochodzącym z okupu. Zainteresowało to policjantów.

Obserwowany mężczyzna, zanim przyjechał do Stanów Zjednoczonych, był karany w Niemczech za kradzieże i włamania. Niedługo później został aresztowany. Wtedy na jaw wyszły nowe fakty…

Sprawą zaginięcia Juniora żyła cała Ameryka. | fot. fbi.gov

13 lutego 1935 r. Bruno Hauptmann został uznany za winnego porwania i morderstwa Charlesa Lindbergha Juniora. Wyrok mógł być tylko jeden – krzesło elektryczne…

„Sprawa nigdy się nie skończy”

Od egzekucji minęły już 84 lata, lecz wciąż mówi się o tym, że mężczyzna został skazany w pośpiechu, pod presją żądnych zemsty dziennikarzy i społeczeństwa. Czy w tym pośpiechu oskarżono niewinnego człowieka?

Jedną z osób, które wciąż uważają, że Bruno Hauptmann stał się kozłem ofiarnym, jest amerykański historyk, profesor Lloyd Gardner, który w swojej książce „Sprawa, która nigdy nie umiera” o dokonanie tej zbrodni oskarżył zupełnie inną osobę. Ku zdumieniu wszystkich, winą obarczył samego Charlesa Lindbergha, czyli ojca porwanego i zamordowanego chłopca…

Czy sławny pilot mógł mieć coś na sumieniu? Szczegóły sprawy znajdziecie w #116 odcinku Kryminatorium.

Słuchaj podcastów na: