Zabójstwo w krakowskiej księgarni | #162 KRYMINATORIUM

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

W roku 1913 doszło do zabójstwa szanowanego dyrektora najstarszej w Krakowie księgarni. Ta brutalna zbrodnia na tle rabunkowym wstrząsnęła całą opinią publiczną. Ówczesna policja robiła wszystko, aby schwytać sprawców.

W tym celu, po raz pierwszy w historii polskiej kryminalistyki, zdecydowano się nawet na użycie policyjnego psa tropiącego

RUTYNA DYREKTORA

Ferdynand Świszczowski był dyrektorem najstarszej w mieście księgarni. Mieściła się ona na Rynku Głównym pod numerem 23. Na pracę w niej mężczyzna poświęcał każdą wolną chwilę. I nie tylko dlatego, że był on zięciem jednego z właścicieli. Po prostu kochał swoją pracę.

Nie było w jego życiu miejsca na improwizację lub jakiekolwiek przypadkowe decyzje. Świszczowski uważał, że tylko w taki sposób można w życiu osiągnąć sukces zawodowy. I między innymi właśnie ta jego rutyna miała w przyszłości doprowadzić tragedii.

Nawet jego droga z domu do pracy zawsze prowadziła tymi samymi ścieżkami – stając się z czasem jego własnym, swoistym rytuałem. Przychodził do niej pierwszy i wychodził ostatni. W księgarni spędzał cały dzień.

30 września 1913 roku, kiedy kasa była niemal wypchana pieniędzmi, dyrektor zachowywał wyjątkową ostrożność. Nie wiedział jednak, że od kilku tygodni jest on obserwowany przez kilku nieznanych mu mężczyzn. Byli przygotowani i zdeterminowani. Czekali tylko na odpowiedni moment.

Witryna księgarni, w której dyrektorem był Ferdynand Świszczowski. | Fot. Wikipedia

Kiedy minęła godzina 22:00 – dyrektora księgarni wciąż nie było w domu. Zaniepokojona żona dyrektora postanowiła udać się do księgarni, aby sprawdzić dlaczego Ferdynand się spóźnia.

Do księgarni weszła tylnymi drzwiami. W słabym blasku lampy zauważyła leżący na podłodze fartuch ekspedientki. Przykrywał coś, co przypominało ludzką sylwetkę. Leżący na ziemi martwy mężczyzna. Rozpoznała jego charakterystyczne wąsy. I krzyknęła z przerażenia. Na podłodze księgarni leżał jej martwy mąż – Ferdynand Świszczowski.

ŚMIERĆ ZA 8.000 KORON

Zwłoki leżały w kałuży krwi, sączącej się z głowy zmarłego. Widać było na niej kilka ran, zadanych narzędziem przypominającym metalowy pręt. Jego szyja owinięta była grubym sznurkiem. W ustach miał knebel, zrobiony z czarnej skarpetki.

Na miejscu zbrodni zjawił się szef krakowskiej policji. W asyście kilku komisarzy i policyjnych agentów rozpoczął śledztwo. Nie miał żadnych wątpliwości, że śmierć szanowanego dyrektora najstarszej księgarni w mieście nie była przypadkowa.

Liczne rany głowy oraz zadrapania na rękach. Próby uduszenia. Wszystko wskazywało na to, że doszło do morderstwa. Lekarz ustalił, że sprawców było co najmniej dwóch, a może i więcej.

Rynek Główny w Krakowie. Po lewej stronie widoczna jest księgarnia. | Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Z pancernej kasy zniknęło około 8000 koron. Po dokonaniu napadu i morderstwa sprawcy zniknęli, zostawiając za sobą przymknięte drzwi.

O zabójstwie dyrektora księgarni zrobiło się głośno w całym Krakowie. Zarówno śledczy, jak i dziennikarze uznali, że bandyci byli amatorami. Nie byli to zatem profesjonalni włamywacze.

Zanim jednak krakowscy detektywi zaczęli sprawdzać wszystkie możliwe tropy – postanowiono zastosować nieznaną wówczas szerzej metodę poszukiwania morderców. Po raz pierwszy – nie tylko w historii Krakowa, ale i całej Galicji – wykorzystano do tego celu psa tropiącego.

PIES NA TROPIE

Prinz był uznanym weteranem policyjnych poszukiwań w całych ówczesnych Austro-Węgrzech. Dobermana sprowadzono do Krakowa. Pies obwąchał najpierw zwłoki Świszczowskiego, które wciąż leżały na podłodze w miejscu zbrodni. Potem pancerną kasę i pozostawioną przez sprawców chusteczkę do nosa.

W warunkach wielkomiejskiego ruchu wszelkie ślady zapachowe zostały skutecznie zatracone. Tym bardziej, że od morderstwa minęło już kilkanaście godzin. Nawet tak doświadczony pies tropiący zawiódł. Policja nie traciła jednak czasu i kontynuowała swoje śledztwo już bardziej tradycyjnymi metodami.

Obecny wygląd głównego wejścia do krakowskiej księgarni, w której doszło do zabójstwa dyrektora. | Fot. Google Street View

Ogłoszono nagrodę w wysokości tysiąca koron austro-węgierskich za wskazanie choć jednego sprawcy zabójstwa. Po niepowodzeniu z psem tropiącym policjanci zaczęli sprawdzać wszystkie osoby mające związek z księgarnią na Rynku Głównym. Wytypowano 16 mężczyzn, których postanowiono przesłuchać.

Pierwszymi przesłuchanymi osobami byli 22-letni Jan Świerczyński oraz jego rówieśnik i najlepszy kolega Jan Godula. Obaj zostali jednak szybko zwolnieni z powodu braku jakichkolwiek dowodów wiążących ich ze sprawą morderstwa. Tymczasem już następnego dnia w gazecie ukazał się artykuł sugerujący, że jednym ze zbrodniarzy jest właśnie… Godula!

Gdy tylko 22-latek przeczytał o sobie te rewelacje – wpadł w panikę. Razem ze swoim kolega udał się na posterunek policji. Opowiedział śledczym wszystko, co wie o napadzie. Podał nazwiska osób, które brały w nim udział.

TŁUMY NA PROCESIE

Na podstawie jego zeznań policja aresztowała czterech mężczyzn. W mieszkaniach aresztowanych przeprowadzono policyjne rewizje. Znaleziono narzędzia służące do włamań, część skradzionych pieniędzy oraz zakrwawione ubrania.

Najwięcej dowodów obciążało najmłodszego z tej grupy. W jego szafie znaleziono pojedynczą skarpetkę, która pasowała do pary z tą, której użyto do zakneblowania ofiary. 19-latek załamał się podczas pierwszego przesłuchania i do wszystkiego się przyznał. Tuż po nim przyznali się pozostali sprawcy napadu na dyrektora księgarni. Jan Godula również trafił za kratki. Wciąż jednak uparcie twierdził, że jest niewinny.

Proces o zabójstwo Ferdynanda Świszczowskiego rozpoczął się w marcu następnego roku. Wzbudził ogromne zainteresowanie wśród dziennikarzy. Chętnych do uczestniczenia w procesie było tak wielu, że władze musiały wydać specjalne wejściówki.

Obrońcy oskarżonych robili, co tylko mogli, aby swoich klientów uchronić przed grożącą im karą śmierci. Powoływali się na domniemaną chorobę psychiczną sprawców. Wskazywali również na ich alkoholizm i załamania nerwowe. Biegli lekarze odrzucili sugestie obrony. Sąd po przeprowadzeniu wizji lokalnej i zapoznaniu się z dowodami orzekł, że wszyscy oskarżeni są winni zarzucanych im czynów.

Kim byli sprawcy tego okrutnego mordu i jaki był jego szczegółowy przebieg? Czy mordercy otrzymali sprawiedliwe kary? I dlaczego akta sądowe zaginęły w tajemniczych okolicznościach? O tym wszystkim dowiecie się słuchając #162 odcinka KRYMINATORIUM!

Słuchaj podcastów na: