Zdarzenie w klasztorze | 230. KRYMINATORIUM

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin

Makabryczna zabójstwo popełnione w roku 1925 we lwowskim klasztorze Karmelitów stało się dla tamtejszej policji sprawą bardzo nietypową, ponieważ znaleźli zabójcę zanim jeszcze zaczęli go szukać. Przerażony sprawca zgłosił się do nich sam, i to zanim jeszcze ktokolwiek dowiedział o jego zbrodni. Śledczy musieli więc działać zupełnie inaczej niż do tej pory. I ustalić nie to, kto był winny, ale jaki był faktyczny przebieg tych wydarzeń. 

 

Zgłoszenie 

Niedzielny poranek 20 września 1925 roku miał być dla posterunkowego Plebanka – z Czwartego Komisariatu Policji Państwowej we Lwowie – początkiem kolejnego rutynowego patrolu. Przynajmniej w jego pierwszych godzinach, gdy spodziewał się jeszcze względnego spokoju. 

Gdy o godzinie 6:00 rano opuścił mury komisariatu, aby udać się na swój patrol – miasto praktycznie dopiero budziło się do życia. Przy kamienicy, w której mieścił się posterunek – na ulicy Kurkowej 23, dokładnie naprzeciwko klasztoru Karmelitów – panował spokój. Ulica wydawała się być zupełnie pusta i pozbawiona przechodniów. Zamykając za sobą ciężkie drzwi komisariatu, posterunkowy Plebanek w pierwszej chwili nie zwrócił uwagi na bardzo szczupłego mężczyznę w średnim wieku znajdującego się tuż przed nimi.

– Człowiek ten siedział nieruchomo na chodniku. Miał nisko pochyloną głowę, a kaszkiet mocno nasunięty na oczy. Ubrany był w koszulę, czarną marynarkę i brązowy płaszcz. Wyraźnie ciężko oddychał. Jakby twardo spał. Przyglądałem mu się przez dłuższą chwilę, zastanawiając się kim on może być. I co właściwie robił o tak wczesnej porze przed komisariatem policji. – mówi policjant

Gdy tylko podszedł do niego i zapytał czy czegoś sobie życzy – nieznajomy w nasuniętym na oczy kaszkiecie podniósł się i wyprostował. Uniósł swoje nakrycie głowy, odkrywając mocno przekrwione i załzawione oczy. Przez chwilę się zawahał, a następnie wziął głęboki wdech i wypowiedział słowa, po których marzenia posterunkowego o spokojnym rozpoczęciu służby prysnęły jak mydlana bańka.

Tylko jedno zdanie, wypowiedziane wolno cichym głosem. Zdradzającym mieszaninę przerażenia z wyrzutami sumienia. Nieznajomy oświadczył zaskoczonemu policjantowi, że jest księdzem z pobliskiego klasztoru Karmelitów i minionej nocy… zabił innego księdza, a teraz przyszedł oddać się w ręce wymiaru sprawiedliwości.

 

Klasztor 

Lwowski posterunkowy zaprosił spotkanego na ulicy mężczyznę na komisariat. Kazał mu usiąść w poczekalni, a sam udał się do oficera dyżurnego, aby powiadomić swoich przełożonych. Wkrótce miejscu zjawił się nadkomisarz Kozakiewicz. Człowiek, który kilka minut później siedział przed nim w pokoju przesłuchań przedstawił się jako ksiądz Andrzej Kopacz. I twierdził, że u Karmelitów przebywał od blisko roku jako kandydat na zakonnika. Ale nie wyglądał na księdza. Ani tym bardziej na zakonnika z klasztoru Karmelitów. 

Nadkomisarz widywał ich codziennie, ponieważ budynek komisariatu od murów klasztoru dzieliła jedynie wąska, wybrukowana ulica. Jako że człowiek, który uparcie przyznawał się do dokonania zabójstwa miał na sobie ubranie cywilne – nadkomisarz nie uwierzył mu. 

Skłaniał się bardziej do tego, że miał do czynienia z osobą chorą psychicznie, która z jakiegoś powodu wierzyła, że dopuściła się strasznej zbrodni. Przecież, gdyby w klasztorze faktycznie doszło w nocy do morderstwa –policjanci zostaliby o tym powiadomieni przez tamtejszych zakonników zaraz po jego dokonaniu.

 

Z wizytą u Karmelitów

Jednak to, czy policjanci wierzyli w takie zaskakujące przyznanie się rzekomego sprawcy czy też nie – nie miało żadnego znaczenia. Jeśli ktoś zgłosił popełnienie przestępstwa, musieli to sprawdzić. Chwilę później posterunkowy Plebanek w towarzystwie dwóch wywiadowców prowadził podejrzanego w kierunku klasztornej bramy.

Gdy cała grupa przeszła przez ulicę, podchodząc do ceglanego klasztornego muru – rzekomy zbrodniarz zatrzymał się. Stwierdził, że on już dalej nie pójdzie, bo… boi się trupa! Ani prośby, ani groźby policjantów nie zadziałały. Ksiądz Kopacz pozostał nieugięty. 

Uparł się, że za nic na świecie nie podejdzie bliżej ani na krok – choćby mieli go na miejscu zastrzelić. Nie było innego wyjścia, jak tylko pozostawić go przed bramą pod czujnym okiem posterunkowego. Chwilę później wywiadowcy poinformowali furtiana – czyli klasztornego klucznika – o celu swojej wizyty.

 

Niegroźny dziwak

Odźwierny im nie uwierzył. Prowadząc funkcjonariuszy do swoich przełożonych, głośno zarzekał się, że nie mogło dojść do żadnej zbrodni w klasztorze. Ani minionej nocy, ani żadnej innej. Osoby z zewnątrz się tam nie kręciły. A księża przecież nie mordują innych księży! Dodatkowo zakonnik podzielił się z policjantami swoją teorią, wymyśloną tak na szybko. Wspomniał o tym Mariusz Gadomski w swojej książce zatytułowanej „Jak zabijać, to tylko we Lwowie”.

„Przez ostatni rok dobrze poznał księdza Andrzeja, który teraz blady jak ściana czekał przy furcie w towarzystwie posterunkowego. Opisał go jako niegroźnego dziwaka. Może niezwykle pobożnego i pracowitego, ale jednak dziwaka. Od czasu do czasu miał on zdradzać objawy jakiejś manii prześladowczej. Raz twierdził, że jego współbracia próbują go otruć. Innym razem uważał, że chcą go zmusić do popełnienia samobójstwa”

Pozostali zakonnicy myśleli o nim podobnie. Przyzwyczaili się do jego zachowania i nawet już nie zwracali uwagi na jego oskarżenia. Tak – ksiądz Kopacz mógł być dziwakiem. Może nawet zaczął popadać w pewien obłęd, ale na pewno nie był mordercą. A jeśli już komukolwiek mógłby zrobić jakąś krzywdę – to tylko i wyłącznie sobie samemu.

Słowa klucznika potwierdził przeor zakonu. Policjanci skłonni byli mu uwierzyć na słowo, ale przed opuszczeniem murów klasztoru poprosili jeszcze o pozwolenie zajrzenia do zakonnych cel. Tak, aby mieli co później napisać w policyjnym raporcie ze zgłoszenia. Przeor zgodził się zaprowadzić funkcjonariuszy na pierwsze piętro.

 

Idąc korytarzem zauważyli na podłodze ciemnoczerwoną plamkę. Tuż obok następną. Gdy przyjrzeli im się bliżej, nie mieli już wątpliwości. Były to ślady krwi. Prowadziły do podwójnej celi oznaczonej numerem 6. Od 4 dni zajmował ją ksiądz Jan Idec. Zapukano do drzwi. Nikt ich nie otworzył. Przeor nacisnął na klamkę i zajrzał do celi. Cofnął się przerażony. Policjanci w pośpiechu minęli go i weszli do środka. Ich oczom ukazał się makabryczny widok.

Odcinek 230. jest dostępny w aplikacjach z podcastami. Sprawdź już teraz!

Odcinek 229. opowiada historię, która zainspirowała powstanie popularnego serialu

Słuchaj podcastów na: